Archiwa tagu: sportowy blog

Większość polskich dzieciaków jeszcze kilka lat temu grając na konsolach w wyścigi Formuły 1 była Robertem Kubicą. Teraz media doniosły, że Robertem Kubicą może być w tej zabawie (no dobra, trochę bardziej zaawansowanej) sam Robert Kubica. Taką propozycję złożyła krakowianinowi grupa Ferrari. Jej szefowie widzieliby 33-latka za kierownicą, ale w… symulatorze.

Niewykluczone, że dyrektor Maurizio Arrivabene i jego doradcy ze Scuderii mają już po prostu dość sagi trwającej od kilkudziesięciu miesięcy. Postanowili więc przeciąć gordyjski węzeł, w jaki zaplątał się Kubica w poszukiwaniu miejsca w jakimkolwiek bolidzie śmigającym po torach F1. Swoje supełki dołożyli do niego oczywiście także fani znad Wisły, którzy wierząc plotkom z jazd testowych uznali, że na przeszkodzie rodakowi stoi tylko obrzydliwe kapitalistyczne kunktatorstwo Williamsa, gdzie liczba paczek dolarów przywożonych przez potencjalnych kierowców jest ważniejsza od ułamków sekund, w jakich pokonują zakręty.

Surfujący na tej fali dziennikarze – rozgrywani także przez tak zwanych ekspertów oraz osoby kreujące się na dobrze poinformowane i zbliżone do źródeł, w których biją serca najszybszego sportu świata – umiejętnie podsycają takie nastroje. Nikt już nie przypomina przyczyny z jakiej Kubica znalazł się w opałach, a mianowicie hobbistycznego rajdu zakończonego jednym z wielu w jego karierze wypadków, o znacznie jednak poważniejszych skutkach. To przez tamto zdarzenie zakończone pogruchotaniem dłoni wypadł z elitarnej stawki, do której próbuje teraz za wszelką cenę – dosłownie i w przenośni – powrócić. W tym właśnie tkwi klucz do wszystkiego i początek tej niekończącej się historii.

Symulator nie byłby wyjściem złym. Taka posada dla wielu młodych ludzi stanowiłaby spełnienie marzeń większych niż fotel w kokpicie bolidu. Na pewno jest też opcją bezpieczniejszą i ekonomicz-niejszą z punktu widzenia właściciela wyścigowej grupy, a dla samego Kubicy perspektywiczną, bo e-sport coraz szybciej wypiera tradycyjną rywalizację i już przyciąga porównywalne z nią pieniądze.

Niewykluczone, że właśnie o symulatorze myśleli również bossowie Orlenu rozmawiając z Kubicą na temat ewentualnego wsparcia. Skoro później dyplomatycznie oświadczyli, że spotkanie miało tylko charakter kurtuazyjny, być może chodziło o to, że podczas dyskusji mieli na myśli nie miliony złotych, a worek żetonów do automatu? No bo przecież nie mogło chodzić tylko o to, by zatuszować przedwyborcze taśmowe problemy premiera RP, prawda?

Kto jest większym piłkarskim oszustem: Joel Veltman, piłkarz Ajaxu, który udawał, że chce przerwać grę ze względu na kontuzję kolegi a tymczasem przeprowadził ofensywną akcję, czy Arkadiusz Malarz, bramkarz Legii, który w meczu z tymże Ajaxem udawał (skutecznie), że złapał piłkę przed linią bramkową? Takie pytanie zadałem na Twitterze w sondzie, którą procentowo 58:42 „wygrał” Holender.

Ta prowokacja miała cel… edukacyjny. Zapewne wszyscy przecież pamiętają, jak to Legia i jej sympatycy prowadzili akcję pod hasłem „Let win football”, powtarzając, że w piłce najważniejsze powinny być gole, a tymczasem mistrzowie Polski, choć strzelili ich więcej, zostali pozbawieni gry w Lidze Mistrzów, bo na boisku przez kilkanaście minut wystąpił nieuprawniony piłkarz. Teraz klub i jego fani milczą, i ani myślą apelować, by Ajaxowi oddano to, co mu się należy, czyli gola w 1/16 Lidze Europy.

Fałsz i obłuda niestety nie są w polskiej piłce niczym nowym. Co więcej, można odnieść wrażenie, że stają się absolutną normą. Na przykład Spółka Ekstraklasa udaje, że w lutym jest wiosna, a komentatorzy Canal+, że mecze, które komentują, stoją na poziomie uzasadniającym wykupienie abonamentu w ich stacji. Wczoraj poszli jeszcze dalej i w czasie transmisji ze spotkania Cracovii z Pogonią udawali, że na trybunach nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a tymczasem trwała tam zadyma.

Panowie – czasy, gdy można było liczyć, że jeśli czegoś nie widać, to tego nie ma, naprawdę są już historią…

Przyszła wiosna. Co prawda na termometrach rtęć znów zatrzymuje się kilka stopni poniżej zera, a na porę inauguracyjnego meczu Ruchu Chorzów z Cracovią prognozowane są porywiste podmuchy lodowatego wiatru, ale kalendarz piłkarski rządzi się swoimi prawami. W nim sygnał do zmiany pór roku daje sędzia swoim gwizdkiem.

W piątek o godzinie 18 Lotto Ekstraklasa rozpocznie się więc długi finisz, podczas którego znów dojdzie do podziału i tabeli, i punktów, co od początku systemu ESA-37 budzi olbrzymie emocje i kontrowersje. Tym niemniej regulamin okazuje się nienaruszalny niczym pewien rzecznik pewnego ministerstwa – nawet gdy wydawało się, że jego losy są przesądzone, nagle następuje zwrot akcji, szef (spółka Ekstraklasa) daje odpór krytykom (prezesom klubów), ci nabierają wody w usta i wszystko zostaje po staremu. Najbardziej cieszą się z tego ci najbiedniejsi, zarówno pod względem zasobności portfeli, jak i konta punktowego. Zabieranie bogatym daje im bowiem nadzieję na ucieczkę z szafotu, na który sami wspinali się przez cztery piąte sezonu.

Przy okazji wspinania trudno oprzeć się wrażeniu, że w 2017 rok liga – jak nigdy przedtem – stała się Ekstraklasą dwóch prędkości. Rozdźwięk pomiędzy czołówką i dnem jest już gigantyczny. Broniąca tytułu mistrzowskiego Legia Warszawa pochwaliła się właśnie, że jej budżet na najbliższe dwanaście miesięcy będzie wynosił 283,5 mln zł, czyli więcej niż pozostałych piętnastu drużyn razem wziętych (kolejny w tym zestawieniu Lech Poznań zgromadził 67 mln). Tymczasem Ruch Chorzów kilkadziesiąt godzin temu toczył dramatyczną walkę o zdobycie 600 tysięcy złotych na pokrycie długów wartych cztery ligowe punkty…

A propos ESA-37 i Niebieskich. Tak się składa, że to właśnie klub z Cichej wyrasta na żywego królika doświadczalnego wspomnianego systemu rozgrywek. W poprzednim sezonie Ruch znalazł się w samym środku zamieszania związanego z odbieraniem punktów i odwoływania się od tych decyzji, za co najwyższą spadkową cenę zapłaciło ostatecznie Podbeskidzie Bielsko-Biała, a tym razem sam został pozbawiony za karę aż 20 procent całej punktowej zdobyczy, co jednak w perspektywie podziału po 30. kolejkach, jest ciosem bolesnym, ale bynajmniej nie nokautującym.

Ekonomiczną opozycję wobec Chorzowa tradycyjnie stanowi drugi śląski rodzynek w – tak zwanej elicie – czyli Piast Gliwice. Stabilny budżet nie przełożył się jednak na stabilną wartość sportową. Zapewne nikt już niemal nie pamięta, ale dokładnie przed rokiem ekipa z Okrzei startowała do rundy wiosennej z pozycji lidera, z zapasem pięciu punktów nad Legią. Dziś tamta rzeczywistość wygląda niczym sen, bo obecna skrzeczy i każe patrzeć nie w górę, a w dół.

Wracając jednak do dwóch prędkości. Legia, w której szkatuła nie zamyka się od nadmiaru złotówek i euro, udowodniła właśnie, że jest mistrzem Polski. I zgodnie z narodową mentalnością, doszło w niej właśnie do gigantycznej awantury z pieniędzmi w tle. Trzech współwłaścicieli rzuciło się sobie do gardeł, oblepiło wzajemnie błotem w mediach i ogłosiło definitywny rozwód. Kto ostatecznie utrzyma się w prezesowskim fotelu, a przede wszystkim jaki będzie efekt tej mentalnej bijatyki dla samego klubu zobaczymy najpóźniej w czerwcu.

Jednocześnie trzeba żywić nadzieję, że będzie to największa zadyma towarzysząca ekstraklasowym rozgrywkom, chociaż pojawiło się sporo jaskółek, które powinny napawać niepokojem. Mowa oczywiście o kibolskich ekscesach i wzbierającej fali tak zwanych ustawek, z zablokowaniem autostrady i pobiciem zawodnika Ruchu Radzionków na czele. Obserwując te wydarzenia z zewnątrz trudno nie zgodzić się z opinią, że występki tego typu są ścigane i karane ze znacznie mniejszym zapałem niż szereg zjawisk mniej uciążliwych dla społeczeństwa, a już na pewno od tych z politycznym tłem.

Reasumując: zagadek, które zostaną wiosną rozwiązane, zarówno tych sportowych, jak i pozaboiskowych, jest tradycyjnie całkiem dużo. A to z pewnością sprawi, że zanim nastąpi prawdziwa wiosna, kibice z nudów nie powinni jednak przesadnie zmarznąć…

Biorąc pod uwagę fakt, że podobno do Obrony Terytorialnej garną się tłumy utalentowanych bojowników o wolność i demokrację (bo zapewne nie chodzi o tak przyziemną sprawę, jak comiesięczny żołd), zadziwiająco słabo spisują sie ostatnio reprezentanci naszej Ojczyzny w sportach walki ze szczególnym uwzględnieniem boksu. Coś, co w niesłusznych czasach było perłą w koronie dorobku medalowego podczas największych imprez, ostatnio stało się powodem do wstydu.

Pięściarze znad Wisły pokonują właśnie ekspresową drogę totalnego upadku. Najpierw w miarę regularnie dawali się okładać po twarzach i zapisywali w kronikach tej dyscypliny w rubrykach „najbardziej efektowne nokauty roku”, a teraz wpadli w nałóg koksowania. Co prawda logiki w takich działaniach jest tyle, co w przypadku pewnego bobsleisty, który wziął doping i zajął ostatnie miejsce – a może nawet mniej, bo przez swoją głupotę tracą okazję do zostania pobitymi za rekordowe wypłaty – ale skoro proceder staje się powszechny, to zapewne jest w tym jakieś ukryte dno. Poza tym etycznym rzecz jasna. Może być nim samowolna czysta głupota lub brak profesjonalizmu ze strony osób nadzorujących przygotowania do walk, a do których obowiązków należy akceptowanie odżywek i wszelkiej maści suplementów. Traf chciał, że wszystko to zbiegło się akurat z amerykańską akcją oczyszczania rankingów z koksiarzy (swoją drogą to ciekawe, że najczęściej wpadają zawodnicy spoza USA), co zamieniło się w beczkę dynamitu wysadzającą resztki renomy polskiego boksu w powietrze.

Żeby jednak nie kończyć tego felietonu w nastroju przygnębiającym trzeba znaleźć kilka światełek w tunelu. I takowe rzeczywiście gdzieś w oddali migoczą. Bo przecież jakieś sukcesy się jednak pojawiają – a to „gwiazda” MMA odniesie zwycięstwo przed czasem nad domowym kotem, a to były wielki (dosłownie i w przenośni) mistrz pięści podręcznikowo znokautuje na okręgowym zebraniu pewnego byłego sędziego, a to inny fajter błyśnie refleksem łapiąc za ogon aligatora i wychodząc z tego bez szwanku. Niby przykłady absurdalne, ale na bezrybiu wszak i rak jest rybą, zwłaszcza w czasach, gdy polska szkoła boksu stała się szkołą koksu.

Zagłębie Sosnowiec dało show i przy okazji zerwało maskę hipokryzji, którą nosiła cała polska piłka. Za sprawą słów kapitana zespołu, Sebastiana Dudka, cała Polska zobaczyła, że tak zwana szatnia rzeczywiście potrafi zwolnić trenera. O, przepraszam, nie trenera, a „osobę, która prowadzi zespół”. Ten neologizm zrobił zresztą błyskawiczną furorę – od rundy wiosennej szkoleniowcy będą na boisko wypuszczać osoby broniące bramek, osoby blokujące do nich dostęp i osoby, których zadaniem będzie strzelanie goli.

Sosnowiecki coming out pokazał jednak nie tylko sam mechanizm, ale także bezradność szefów klubu. Prezes Marcin Jaroszewski, chwalony przeze mnie onegdaj za erudycję, tym razem kompletnie się zagubił nie stając po żadnej ze stron, a decyzję o zawieszeniu poprzedzając deklaracją, że gdyby jeszcze raz miał zatrudnić Piotra Mandrysza, to ponownie by to zrobił. No chyba, że następcę Jarosława Araszkiewicza, czyli następcę Jacka Magiery, wyrzucił ktoś inny, co tłumaczyłoby wypowiedź prezesa Zagłębia, wyartykułowaną raptem kilkadziesiąt minut wcześniej, że jest tak zmęczony, iż żadnych ruchów już nie podejmie. Może więc nie tylko w Bielsku-Białej klocki układa nie nominalny prezes, a ktoś w gabinetach ratusza?

Tak się złożyło, że Zagłębie jest bardzo blisko powiązane z Legią Warszawa. I właśnie te dwa kluby dostarczają w tym sezonie kibicom największej rozrywki. Legia na arenie międzynarodowej, gdzie prezentuje odmianę futbolu podwórkowego, w której brakuje jedynie propozycji, by za trzy rzuty rożne wykonywać rzut karny, a sosnowiczanie na krajowej, konsekwentnie zmierzając do rekordu liczby osób…, no dobra, szkoleniowców zatrudnionych w jednych rozgrywkach. Początkiem tego kabaretu była zresztą ich wspólna akcja właśnie z Legią, gdy ta – niczym na garażowej wyprzedaży – kupiła sobie Magierę i wywiozła do stolicy.

Cała ta dziwna historia mimo wszystko jest dużo bardziej zabawna niż pantomima uprawiana przez „osoby zarządzające” Ruchem Chorzów, a dotycząca oddania pożyczonych beztrosko publicznych pieniędzy i tajemniczego liftingu znaku klubu. Niebiescy zachowują jednak za to status quo na trenerskiej ławce, tę gierkę – z punktu widzenia mieszkańca miasta zdecydowanie mniej szkodliwą – zostawiając Zagłębiu.

Otym,  że każdy Polak zna się na piłce lepiej od dowolnego selekcjonera, wiedzą wszyscy. Jednak prawdziwy trenerski potencjał mój i wasz leży dość daleko od boiska, a mianowicie wokół narciarskich skoczni.

Dowód na prawdziwość tej tezy właśnie dostajemy jak na tacy. No bo jeśli zarówno Łukasz Kruczek, jak i wyżej podpisany wraz z czytelnikami tego tekstu, są w takim samym stopniu zdezorientowani słabymi wynikami Kamila Stocha, to oznacza, że jedziemy dokładnie na tym samym wózku (niestety, z wyłączeniem wysokości comiesięcznej pensji i stałych dostaw darmowych ciuchów z najnowszych kolekcji 4F).

Nie ma bowiem na świecie selekcjonera, który potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego raz jego zawodnicy skaczą i fruwają jak z czołówki „Zwierzyńca”, a za chwilę spadają na bulę niczym ulęgałki, chociaż treningi i skocznie wyglądają za każdym razem tak samo. Równie dobrze więc opiekunowie kadry mogliby być wyłaniani poprzez losowanie spośród wszystkich chętnych, którzy akurat mają nieco czasu na wojaże po Europie i Azji. Tym bardziej, że nie oznacza to przecież konieczności oddawania pokazowych skoków, przy których Eddie Orzeł wyglądałby jak Adam Małysz w sezonie 2000/01.

Poddaję więc ten nowatorski pomysł pod  rozwagę prezesowi Apoloniuszowi Tajnerowi, który za selekcjonerskich czasów też nie wiedział, kiedy będzie dobrze, a kiedy będzie źle. Zresztą za prezesowskich też za bardzo nie wie, a jak już coś rzeczywiście wie – jak o dymisji Kruczka – to akurat nie powie. Hm, właśnie przyszło mi coś do głowy. A może kadrę jednak zostawić w spokoju i wylosować nowego… prezesa PZN?

Przyznam, że korciło mnie, by popłynąć z prądem i pośmiać się z tych, którzy potrafią rozróżnić, czy przenikliwy gwizd bądź donośne buczenie wydobywa się spomiędzy warg polskich czy niemieckich. Jednak w mojej skromnej opinii najważniejsze w pamiętnym krakowskim incydencie było coś innego. A mianowicie to, że powszechne na prawicy zszokowanie tym zdarzeniem stanowi absolutny szczyt obłudy.

Bo przecież po pierwsze, to politycy sami do tego doprowadzili, od lat dzieląc gwizdy na uzasadnione i bezczelne – bez względu na to, czy miały miejsce na cmentarzach, czy właśnie na trybunach. A po drugie, kibice naprawdę nie lubią mieszania sportu z polityką, o czym w podobnie dotkliwy sposób, co teraz Beata Szydło, przekonywali się m.in. premier Donald Tusk, prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński, czy chociażby Marian Dziurowicz, werbalnie zlinczowany w swoim mateczniku, gdy do głowy przyszedł mu pomysł kandydowania w wyborach parlamentarnych (bodaj z listy PSL-u) i promowania tego faktu z murawy stadionu GKS-u.

I tu właśnie pewnie tkwi sedno sprawy. Premier RP, przyzwyczajona do rozpisanych w scenariuszach zachowań widowni na partyjnych spędach, nie oszacowała ryzyka związanego z reakcjami spontanicznymi, zwłaszcza ze strony tzw. Januszy, czyli środowiska bardzo odległego od ultrasów. A kto jak kto, ale tacy właśnie sympatycy sportu fałszywe próby ogrzania się przy tej dziedzinie życiawyczuwają nawet na taką odległość, jaka dzieli murawę nowego archaicznego Stadionu Śląskiego od jego trybun.

Flirt polityków ze sportem trwa od  zawsze i nieustannie balansuje na krawędzi cynizmu. Włącznie ze wspólnymi śniadaniami z mistrzami, okraszonymi wręczaniem pamiątkowych reprezentacyjnych koszulek z numerem 1, których los pozostaje później nieznany.

Niech podniesie rękę do  góry każdy, kto słysząc po raz pierwszy o „prawie Bosmana” pomyślał, że chodzi o Johna, słynnego piłkarza, wielokrotnego mistrza Belgii i Holandii, triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów, mistrza Europy z Pomarańczowymi i uczestnika mistrzostw świata w 1994 roku? Pewnie dużo się nie pomylę zakładając, że właśnie rozległ się szelest gromadnie (mam nadzieję, że tylko na chwilę) odkładanej gazety. Bo skojarzenie to było powszechne.

Tymczasem historyczne prawo pozwalające piłkarzom z państw należących do Unii Europejskiej, po wygaśnięciu kontraktów, podpisywać umowy z nowymi klubami bez odstępnego dla poprzednich pracodawców (a także znoszące limit obcokrajowców-Europejczyków w zespołach), powstało za sprawą Bosmana, ale Jeana-Marca. O jego wyczynach piłkarskich wiadomo niewiele – w każdym razie sprawę sądową założył, gdy próbował pożegnać Liege i przejść do  Dunkierki, ale Belgowie zażądali za ten transfer prowizji.

Niewykluczone, że wkrótce za sprawą precedensów swoje nazwiska na stałe wprowadzą do świata sportowych prawników także piłkarze śląskich klubów. Na razie jest ich trzech, ale casus może zostać ochrzczony nazwiskiem pierwszego, którego sąd uzna za winnego. Sporo wskazuje na to, że na dziś największe szanse ma Maciej Korzym – kontuzjowany obecnie napastnik Górnika Zabrze.

Chodzi oczywiście o szeroko już opisaną przez media sprawę wyprawy tercetu graczy na  mecz Piasta Gliwice. Korzym oraz jego klubowy kolega Michał Janota plus Wojciech Trochim z GKS-u Katowice postanowili z trybun wes-przeć rywalizującą z sąsiadem zza miedzy Koronę Kielce. Nie omieszkali się tym pochwalić publikując stosowne selfie na Instagramie, co wzbudziło spore emocje w środowisku kibiców Górnika. Nie dlatego, że nie spodobała im się taka inicjatywa – tu zapewne można by stwierdzić, że było wręcz przeciwnie, a ze względu na  fakt, że mecz odbył się późnym wieczorem w sobotę, a w  poniedziałek swoje spotkanie miał rozegrać Górnik. Czy taka wycieczka stanowiła element cyklu przygotowań?

Prawdziwa bomba wybuchła jednak dopiero po kilkunastu godzinach. Okazało się bowiem, że na trybuny legalnie weszła tylko część fanów Korony, którzy od środka otworzyli bramę ewakuacyjną, a przez nią – po zerwaniu zabezpieczeń – wbiegła reszta ich kolegów. Po zakończeniu meczu policja zamknęła sektor i spisała wszystkich obecnych. Potem pozostało już jedynie porównać tę listę do danych zarejestrowanych na kołowrotkach, by wykryć tych, którzy znaleźli się na trybunach bezprawnie. I właśnie w tym „zbiorze” pojawiły się nazwiska wspomnianej trójki.

W praktyce oznacza to złamanie regulaminu imprezy masowej, za co grozi zakaz stadionowy. Jeśli prokuratura przychyli się do wniosku policji, wówczas konieczna będzie interpretacja prawa ze strony sądu, ponieważ ustawa nie przewidziała podobnego przypadku i nie dzieli ukaranych na widza i czynnego uczestnika widowiska. Jeśli się okaże – co zdaniem prawników, wśród których przeprowadziłem szybką sondę, jest bardzo prawdopodobne – że podobne rozróżnienie byłoby naruszeniem równości wobec prawa, wówczas dojdzie do sytuacji bez precedensu. Można sobie mianowicie wyobrazić, że policja zatrzymuje piłkarzy w czasie meczu (czyli po ich zidentyfikowaniu, co nie będzie trudne ze względu na nazwiska widniejące na koszulkach) lub wyciąga z autokaru wjeżdżającego na obcy stadion. Po  czym oczywiście stawia jeszcze poważniejsze zarzuty, bo za złamanie zakazu stadiono-wego grozi nawet do dwóch lat pozbawienia wolności. Wbrew pozorom ta wizja wcale nie jest tak absurdalna, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Zresztą najbardziej absurdalny jest już sam fakt, że piłkarze – było nie było osoby publiczne i rozpoznawalne – zdecydowali się na udział w gliwickim incydencie.

Zarówno szefowie Górnika, jak i GKS-u, wstrzymują się z komentarzami i decyzjami do  zakończenia działań policyjno-sądowych. W przypadku rozstrzygnięć niekorzystnych dla trójki piłkarzy najlogiczniejsze będzie dyscyplinarne rozwiązanie kontraktów. A wtedy Korzym, Janota i Trochim będą mogli skorzystać z prawa Bosmana i z kartami zawodniczymi w rękach poszukać pracy w innym kraju Unii Europejskiej.

Jako pierwszy poruszył tę kwestię Paweł Mogielnicki na swoim twitterowym koncie. Początkowo została potraktowana jako ciekawostka, ale w miarę rozwoju dyskusji okazało się, że sprawa jest znacznie poważniejsza niż sądzono.

Chodzi mianowicie o ujemne punkty, którymi ukarano przed sezonem Górnika Zabrze i Wisłę Kraków. Przypomnijmy, że oba klubu startowały z pułapu -1, co było karą za niewywiązywanie się z zobowiązań finansowych wobec podmiotów licencyjnych. I do tego momentu wszystko jest jasne – zespoły spotkały się już w pierwszej kolejce i dzięki remisowi wyze-rowały swój stan posiadania.

Teraz okazuje się, że to bomba z opóźnionym zapłonem. Regulamin rozgrywek mówi bowiem, że po 30 kolejkach dojdzie do podziału zdobytych punktów. Zdobytych, a nie widniejących w tabeli. I tu właśnie pojawia się nie lada pasztet. Bo na boisku Górnik wywalczył ich 19, a Wisła 24. Tymczasem w tabeli zobaczycie 18 i 23.
Która liczba powinna więc zostać podzielona po sezonie zasadniczym? Trzymając się regulaminu wydaje się, że… ta pierwsza, czyli „zdobyta”. W takim jednak przypadku kara okazałaby się jedynie fikcją. Pikanterii dodaje fakt, że właśnie ten jeden punkt może mieć decydujące znaczenie – dla Wisły w walce o ósemkę, dla Górnika w rozpaczliwych staraniach o utrzymanie.

Biała plama. To jedno z  tych pojęć, które ewidentnie wróciło do swojego pierwotnego znaczenia. Po całych dekadach, gdy tym terminem określano niewygodne dla władzy i ignorowane w podręcznikach fakty historyczne, biała plama znów definiuje obszar na mapie. Mianowicie taki, który wyznacza całkiem duży i położony w sercu Europy kraj bez swojego przedstawiciela w Lidze Mistrzów.

O przyczynach takiego stanu rzeczy wspominać nie ma sensu, bo jaki koń jest każdy widzi. Najlepsze w  Polsce (to bardzo ważne doprecyzowanie) kluby przyzwyczaiły się, że kończą zabawę wtedy, gdy inni na dobre ją zaczynają, a prezesi, trenerzy i zawodnicy oglądając późniejsze wyczyny uczestników LM pewnie umiarkowanie żałują milionów, które przeszły im koło nosa, gdyż ich ceną mogłyby być upokarzające klęski.

Na szczęście dla kibiców znad Wisły (i tych kilkunastu innych federacji, o których w Lidze Mistrzów dawno albo wręcz nigdy (bo są i tacy) nie słyszano, europejskim futbolem rządzi futbolowe wcielenie Matki Teresy, czyli Michel Platini. Francuz za punkt honoru postawił sobie misję niezwykłą, a mianowicie, że da chwile radości najbiedniejszym i  najmniej zdolnym, pozwalając im coś wreszcie wygrać, a przynajmniej stwarzając taką szansę. Kto wie, może w tym także zasługa Zbigniewa Bońka, no bo w końcu ile można patrzeć jak przyjaciel się męczy i pali ze wstydu, a to za zawodników, a to za kierownika drużyny?

Prezydent UEFA swój plan realizuje konsekwentnie i precyzyjnie, tak jak niegdyś wykonywał rzuty wolne. Pootwierał więc wrota stodoły tak szeroko jak tylko się dało. I w Lidze Mistrzów, i w Lidze Europejskiej. Ba, poszalał też na niwie reprezentacyjnej rozbudowując Euro do niespotykanych rozmiarów zarówno pod  względem liczby uczestników (2016), jak i państw-gospodarzy (2020), chociaż w tym drugim przypadku mógł pójść dalej i zakwalifikować je bez eliminacji.

Platini mający w genach szaloną mieszankę francusko-włoską, wciąż jednak kipi pomysłami szukając sposobu na dowartościowanie mistrzów Polski, Gibraltaru, Albanii czy Macedonii. Podczas konferencji UEFA na Malcie – jak doniosła agencja Associated Press – pojawiło się dla nich/dla nas światełko w tunelu. Mianowicie zasygnalizowano możliwość powstania trzeciego – obok LM i LE – pucharowego pakietu. W rozgrywkach, nie mających jeszcze nazwy, mieliby wziąć udział ci wszyscy, którzy odpadli w eliminacjach starszych i bogatszych sióstr.

Nie trzeba posiadać jakiejś wyjątkowo kolorowej wyobraźni, by uświadomić sobie, co oznaczałaby możliwa od roku 2018 materializacja takiej idei. Począwszy od ceremonii losowania, podczas której nie byłoby łatwych rywali, a  już wyjazdów na pewno. A później czekałyby nas te twarde boje w najbardziej egzotycznych zakątkach piłkarskiego świata.

UEFA realizujac takie rozgrywki musiałaby w dodatku bardzo hojnie sypnąć groszem. W przeciwnym wypadku mogłoby dojść do plagi rodem z siatkarskich parkietów, a więc masowego wycofywania się z rywalizacji ze względu na  niemożliwą do załatania różnicę pomiędzy kosztami logistycznymi, a dochodem z dnia meczowego.Zresztą federacja przeczuwa pismo nosem, bo chce, by całe rozgrywki trwały tylko do końca grudnia, co jednak jest ryzykowne, bo wymusiłoby ich intensywne tempo, więc podniósłby się krzyk trenerów, że to odbija się na formie  zespołów w lidze. W efekcie w następnym sezonie klub miałby z głowy wszelkie puchary. Nawet ten cynowy.

No chyba, że Platini znów coś by wymyślił. Na przykład losowanie uczestników spomiędzy wszystkich ligowców Europy.