Archiwa tagu: sportowy blog

Chwałka Dawid. Zapewne wielu z was nie wie, kto zacz, bo człowiek ten zarządza dyscypliną niegdyś popularną, a dziś samounice-stwiającą się czyli hokejem na  lodzie. I trzeba mu przyznać, że jest prezesem niezwykle kreatywnym, w dodatku świetnie wyczuwającym media i ich potrzeby. Bo każda jego decyzja znajduje oddźwięk, o jakim inni koledzy po prezesowskim fachu mogą tylko pomarzyć.

Chwałka Dawid potrafi bowiem wszystko albo zepsuć, albo co najmniej skomplikować. Dosłownie wszystko. Starania te doceniają nawet jego najbliżsi współpracownicy. Nie dalej jak we wtorek na naszych łamach wiceprezes Mariusz Wołosz oświadczył, że zachowanie jego przełożonego jest niepoważne i kompromitujące Polski Związek Hokeja na Lodzie. Słowa mocne, ale czy prawdziwe?Zapytacie o co właściwie chodzi? Sprawa jest tak śmieszna, że aż straszna.

Chwałka Dawid postanowił otóż pobawić się mistrzostwami świata dywizji 1A, czyli zaplecza elity. Co prawda  Polska była jedyną kandydaturą do ich organizowania, więc dostaliśmy je po  raz drugi z rzędu, co jest ewenementem na skalę nomen omen światową, ale ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, więc  skoro jej nie chcą poza granicami, chciejstwo musiało wzrosnąć wewnątrz nich. I tak oto doszło do wojny katowicko-krakowskiej, w  której – niczym w Najwyższej Komisji Odwoławczej PZPN – ostateczne decyzje mają  status tymczasowy. Ale po kolei.

Chwałka Dawid jakiś czas temu podczas wizyty w  Krakowie ogłosił, że miasto to będzie gospodarzem mistrzostw po raz drugi z rzędu. Mieszkańcy królewskiego grodu pokraśnieli z radości i przystąpili do  czynu, to znaczy wyrzucili ze swojej Areny wcześniej zaplanowane imprezy i w ich miejsce wpisali hokejowy turniej. Wtedy okazało się, że słowa prezesa nie miały mocy formalnej, a po chwili dowodzony przez niego zarząd przeniósł mistrzostwa do Spodka na mocy głosowania. Nie bez znaczenia była oczywiścia konkretność katowickiej oferty wspartej 3 milionami z gminnej kasy. Kraków załkał, a tamtejsi dziennikarze zachowywali się jak dzieci, którym zabrano wiaderko w piaskownicy, nie pamiętając, że MŚ 2015 zakończyły się frekwencyjną klapą (chociaż w wyliczeniach prezesa każdy kibic policzony został chyba co najmniej dwukrotnie), a zyski z  turnieju były mniejsze od oczekiwanych ze względu na koszty wynajęcia hali do treningów. O  ile mniejsze zresztą nie wiadomo, bo sprawozdanie finansowe do  dziś nie ujrzało światła.

Chwałka Dawid zapadł się pod ziemię, unikając kontaktów z mediami i jakichkolwiek deklaracji dotyczących mistrzostw. Nagle, kilka dni temu okazało się, że  ten sam zarząd znów zmienił decyzję przywracając mistrzostwa pod Wawel. Rzecz odbyła się mailowo, głosy oddało ledwie czterech członków  i wynikiem 3:1 Katowice zostały wystawione do wiatru.

Chwałka Dawid zajmuje się jednak nie tylko reprezentacją. Prowadzony przez niego związek pomajstrował też przy  lidze. Wychodząc z założenia, że każdy ma misia na miarę oczekiwań, tak zwana ekstraklasa została rozbudowana do  dwunastu drużyn. Mecze pospolitego ruszenia, które nagle znalazło się na taflach najwyższego szczebla, stoją więc na  wysokim poziomie, co w praktyce oznacza wysokie rezultaty. A że przy  okazji zapomniano o 1. lidze, w  której pozostały dwa zespoły? No cóż, jak jest lód to musi być ślisko i ktoś musi się przewrócić.

Chwałka Dawid. Zapamiętajcie to nazwisko i imię. Bo przy swoich talentach człowiek ten może zajść wysoko. Do Sejmu na przykład. Co z pewnością byłoby z korzyścią dla polskiego hokeja, którym przestałby się wreszcie zajmować.

Zero. Wielkie zero emocji. Przedmeczowe konferencje prasowe są nudne jak flaki z olejem. Wszyscy wszystkich darzą szacunkiem, nikt nie chce typować wyników, z ust prezesów, trenerów i piłkarzy płyną banały. Zawsze takie same i te same. O mobilizacji, o potrzebie wspięcia się na  wyżyny umiejętności, o klasie rywala. Nieważne, czy chodzi o Termalicę, czy o odwiecznego konkurenta. Wszyscy wrzuceni do jednego worka, wypełnionego po brzegi  poprawnością polityczną.

Nikt w Górniku, Ruchu, Podbeskidziu i Piaście zdaje się już nie rozumieć, że sport to spektakl oparty na emocjach (nie mylić z nienawiścią), które przekładają się na sprzedaż biletów, na oglądalność, na popularność w mediach społecznościowych, czyli generalnie na pieniądze. Śląska piłka dramatycznie potrzebuje osobowości, w stylu Bogusława Leśnodorskiego. Szef Legii uosabia to wszystko, z  czym kojarzy się jego klub: butę, bezczelność i wyniosłość, wynikającą ze świadomości własnej wartości. Możesz go nie lubić, ale musisz go znać. I  na tym ta zabawa polega. Gdy Górnik kompromitująco przegrał z Lechem, to właśnie BL twitnął, że dopóki on będzie prezesem, nigdy żaden piłkarz z Zabrza nie przejdzie na Łazienkowską. Odpowiedzi nie było, a przecież aż się prosiła, np. o szlabanie w drugą stronę, w stylu Jerzego Urbana wysyłającego śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku.

O tym, jak „sprzedaje” się widowiska, świetnie wiedzą bokserzy. Potrafią wzbudzić (czytaj wyreżyserować) zainteresowanie właśnie podczas spotkań z dziennikarzami. Mocne słowa zawsze są medialne. Wiedział o tym Łukasz Mazur, ostatni z prezesów Górnika Zabrze, który potrafił taką grę prowadzić. Gdy szef Ruchu, Dariusz Smagorowicz, wszedł z nim w spór dotyczący pierwszeństwa gry na Stadionie Śląskim, Mazur w  zamian ofiarował mu… Niderlandy. Dziś takich osobowości nie ma. Słuchając trenerów przed der-bami Wielkimi, Średnimi, Małymi i Administracyjnymi (o proszę, czasami da się błysnąć: takie określenie na  mecz Górnika z Podbeskidziem ukuł kapitan Górali, Marek Sokołow-ski, nieco sprowokowany przez wyżej podpisanego) przypomina się monolog z Rejsu. Pamiętne: – Nuda… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest.

Wiem, że w odpowiedzi z klubów usłyszę o tym, że trzeba uważać, aby nie podgrzewać i tak wszechobecnych animozji kibicowskich. To bzdura – żadne słowa, a już na pewno takie mieszczące się w granicach dobrego smaku, nie będą miały wpływu na to, co i tak dzieje się na ulicach śląskich miast. Nikt przecież nie wymaga, by na przykład Waldemar Fornalik mówił językiem Mike’a Tysona, który zapowiedział Lennoxowi Lewisowi, że zje jego dzieci (nawiasem mówiąc Brytyjczyk wówczas ich nie miał, za to na ringu Bestię znokautował), ale delikatne ironiczne uszczypnięcia konkurenta, a nawet samych dziennikarzy,wprowadziłoby powiew życia do atmosfery rodem z zamkniętej szafy. To wszak oczywiste, że Jose Mourinho i Juergen Klopp nie mogą się mylić. Oni wiedzą, że rynek zdobywa się także giętkim językiem. Ba, czasem robią to celowo, z zimnym wyrachowaniem, gdy potrzeba zdjąć nieco presji z samych piłkarzy i wziąć ją na swoje barki, a czasem z wyraźną, niemal dziecięcą radością, na przykład wchodząc w erudycyjne klincze i zwarcia w studiach telewizyjnych.

Panowie prezesi i trenerzy: spróbujcie kiedyś zrzucić swoje gorsety. Stańcie się prawdziwymi Osobowościami. Zwłaszcza że kilka dni później o waszych  słowach i tak nikt nie będzie już pamiętał, bo padną nowe, jeszcze barwniejsze. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok, a potem pójdzie już z górki,

Zbliżający się raczej szybko niż powoli kolejny sezon piłki kopanej zapowiada się fascynująco. Nie chodzi tu bynajmniej o jakiś skok jakościowy, bo tego akurat spodziewać się trudno. Mam na myśli ferment mentalny, jaki mają szansę wywołać w skostniałych futbolowych strukturach Termalica Bruk-Bet Nieciecza na szczeblu ekstraklasy i Rozwój Katowice na jej zapleczu. Tak się bowiem złożyło, że obaj beniaminkowie nijak nie przystają do schematów obowiązujących w tych rozgrywkach.

Nieciecza to kaprys bogacza, trochę przypominający Groclin Zbigniewa Drzymały, z tą różnicą, że Grodzisk Wielkopolski jest piętnaście razy większy niż małopolska wieś, w której sportowego cudu dokonali Danuta i Krzysztof Witkowscy. Awans Termaliki wisiał w powietrzu od kilku lat, ale Słonie traciły szansę w ostatnich kolejkach, co stało się świecką pierwszoligową tradycją. W tym roku jednak żarty się skończyły i Nieciecza okazała się najpopularniejszą wsią Rzeczpospolitej. Pytanie brzmi: czy uda się jej przetrwać i zachować wyjątkowość. Zdroworozsądkowy pułap płac zawodników, budżet oparty na pieniądzach prywatnych, a nie publicznych, a także (przynajmniej na razie) precyzyjna polityka transferowa to rękawica rzucona prezesom żerującym na kasie publicznej, nieponoszącym realnej odpowiedzialności za jej marnowanie i psującym rynek przepłacaniem zawodników. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, wówczas prezydenci miast powinni to zjawisko dokładnie przemyśleć i wyciągnąć wnioski.

Pod identyczną lupę warto wziąć też Rozwój. Katowicki klub pod każdym względem stanowi przeciwwagę dla GKS-u. Tam solidnie opłacani piłkarze, tutaj pół składu trenującego wtedy, gdy nie koliduje to z pracą na kopalni. Tam milionowe zastrzyki z miasta, tutaj łatanie budżetu środkami od sponsorów i z transferu Arkadiusza Milika. Teraz wyobraźcie sobie sytuację, w której tenże Rozwój znajdzie się w tabeli wyżej niż GieKSa. Czy nie będzie to oznaczało kompletnego krachu dotychczasowej polityki miasta i nie stanie się argumentem dla jej krytyków uważających, że inwestowanie w sport powinno się zatrzymać na szczeblu dziecięco-młodzieżowym?

Oczywiście romantyzm prezentowany przez Termalicę i Rozwój jest solidnie podszyty materializmem, bo jak mawiał skazany za korupcję Janusz Wójcik, bez sianka nie ma granka. W całej tej zabawie chodzi jednak o to, by ilość sianka (wróble ćwierkają, że Nieciecza wciąż preferuje namacalną gotówkę) była racjonalna w stosunku do jakości „towaru”. Kompletnie nie rozumiem na przykład kolejnej decyzji władz Kielc, ratujących Koronę, której wartość sportowa jest mizerna, a o patologiach dotyczących wydawania poprzednich transz było głośno w całej Polsce. Doprawdy, brak odporności na powielany co kilkanaście miesięcy szantaż: albo dacie miliony, albo się wycofamy z rozgrywek, źle świadczy o tamtejszych radnych, w dodatku wywiera dodatkową presję na ich kolegów z innych miast. I jest tak samo dyskusyjny, jak deklaracja prezydent Zabrza, że Górnik nie jest na sprzedaż, oznaczająca, że mieszkańcy tego miasta – chcąc nie chcąc – muszą go utrzymywać. Może jednak w tak kosztownej i długoterminowej wizji należałoby przeprowadzić referendum? I dlatego właśnie z ciekawością oczekuję nowego sezonu – czy okaże się, że jednak można inaczej?

Atak na zakończenie i raczej w formie post scriptum: beniaminkiem – trzecioligowym – powinien być także Ruch Ra-dzionków. Powinien, ale nie jest. Naprawdę trzeba mieć nie lada głowę, by pierwsze miejsce w lidze nagradzać koniecznością rozegrania barażu. Dwie grupy czwartej ligi to o jedną za dużo, jednak zamiast radykalnego cięcia wybrano półśrodek, który stanowi kolejny niezrozumiały regulaminowy absurd.

Kto wybrał te drużyny do  tego meczu? – to zdanie przeszło już do kanonu niekompetencji. Wpadek Joanny Muchy było zresztą więcej. W słynnym wywiadzie w RMF FM na pytanie Konrada Piaseckiego odparła, że w jej resorcie są już opracowywane problemy dotyczące… trzeciej ligi hokeja na lodzie. Najładniejsza z ministrów Donalda Tuska potwierdziła w ten sposób opinię, że „odcinek sportu” nie jest traktowany poważnie nawet wtedy, gdy rząd konstruuje premier potrafiący odróżnić bramkarza od trenera.

W najnowszej historiiRzeczypospolitej twarz ludzi rządzących szeroko pojętą kulturą fizyczną nie zawsze miała jednak wyraz zabawny. Bywało też wręcz przeciwnie. Jackowi Dębskiemu nie można było przecież odmówić znajomości tematu, kibic, czasami wręcz kibol, miał jednak drugie życie. W cieniu, a dokładniej w półświatku. Interesy z gangsterami, niejasne powiązania ze służbami specjalnymi  i fascynacja tajemniczą „Inką” 12 kwietnia 2001 doprowadziły go pod lufę płatnego zabójcy.

Formalnie ministrów sportu mieliśmy do środy siedmiu. Wcześniej obowiązywała ranga prezesowska, tworzono urzędy, splatano je z ministerstwem edukacji, przeobrażano, a w  efekcie do dziś nie stworzono jasnego ośrodka decyzyjnego, bo znaczną część władzy wciąż ma Polski Komitet Olimpijski. Historię, bardzo krótko zresztą, zaczął pisać Marek Belka, zajęty działalnością na znacznie szerszą skalę niż boiska i parkiety. Za to po  nim na scenę – właściwie dosłownie – wszedł były zawodnik. Jedną z pierwszych decyzji Tomasza Lipca-ministra było odwołanie z funkcji przewodniczącego Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie Jerzego Smorawińskiego, który kilkanaście lat wcześniej oskarżył Tomasza Lipca-chodziarza o używanie niedozwolonych środków wspomagających. Tymczasem wkrótce wybuchła afera z  korupcją w Centralnych Ośrodkach Sportu, premier Jarosław Kaczyński przyjął dymisję Lipca, a ostatnim odcinkiem jego kariery był wyrok 3,5 roku więzienia.

Kolejna w tym zadziwiającym korowodzie, Elżbieta Jakubiak, nawet nie ukrywała, że sport niespecjalnie leży w  sferze jej zainteresowań. Numer cztery, Mirosław Drzewiecki, też miał szersze horyzonty i zakończył przygodę aferą hazardową. Dopiero Adam Giersz wydawał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Miał jednak pecha – Tusk przeprowadził lifting swojego gabinetu i wymienił go na  wspomnianą Joannę Muchę, czego zresztą w miarę upływu czasu najwyraźniej żałował.

Inspiracją dla tego felietonu była oczywiście środowa dymisja Andrzeja Biernata. Co prawda nie miała bezpośredniego związku z działaniami w ministerstwie (nagrano jego rozmowy z biznesmenami Janem Kulczykiem i Michałem Sołowowem), ale jednak pożegnanie wypada kiepsko. Warto zresztą na marginesie przypomnieć, że afera taśmowa wątek sportowy też posiada. Andrzej Parafianowicz, były wiceminister finansów, w rozmowie ze Sławomirem Nowakiem w kontekście problemów podatkowych wspomina: – Całą reprezentację Polski w siatkówkę tak wyciągnęliśmy za uszy. Chłopaki po kolei bały się, dopłaciły… I cisza znowu, wszystko załatwione. (cytat za  „Wprost”).

O tym, kto będzie nowym ministrem sportu, przekonamy się wkrótce, może zresztą już wiadomo, bo tekst ten powstał w czwartek rano. Czy będziemy świadkami kolejnej odsłony zadziwiającej serii niefortunnych zdarzeń? A może po  prostu ten fotel, stojący w kancelarii premiera w ostatnim rzędzie pod względem prestiżu, przynosi pecha?  No cóż, bez względu na  wszystko, warto pamiętać, że zawsze można wpaść z deszczu pod  rynnę. Chrapkę na ten stołek mieli przecież m.in. Jan Tomaszewski i Ryszard Czarnecki.

Wielki finał sezonu ekstraklasy już za nami. Obyło się bez niespodzianek: feta mistrzów przerodziła się w zadymę, mecz wicemistrzów toczył się w gęstym dymie rac i przy wrzasku jednej z najbardziej obrzydliwych postaci całej ligi czyli (byłego?) spikera Hadaja, a podczas uroczystej gali Magda Mołek żartowała w sposób zrozumiały tylko dla siebie, za to niezmiernie frapujący telewidzów (przyznajcie, też chcielibyście wiedzieć, co zrobiłaby z maską, w jakiej czasami grają piłkarze).

To wszystko jest już jednak historią. A z historii, jak wiadomo, wyciąga się wnioski. W najgłębszą zadumę wpadł, sądząc po minie na wspomnianej gali, HenningBerg. Norweg zaliczył w ciągu dwóch dni dwa poważne ciosy – w niedzielę nie zdobył mistrzostwa Polski, które miało być formalnością, a w poniedziałek w wyścigu po tytuł trenera sezonu zajął dopiero piąte miejsce. I tym razem nie mógł nawet wygłosić pretensji wobec Górnika Zabrze, bo głosy oddawali wszyscy koledzy po fachu. Nie ukrywam, że lekcja pokory dla Legii i legionistów, potwierdzająca, że liga to coś więcej niż tylko licytacja na budżety, sprawiła mi przyjemność. No cóż, sami przecież propagowali hasło „Niech wygra futbol”…

Na drugim biegunie znalazł się spadek Zawiszy Bydgoszcz. Istnieje bowiem obawa, że ta sportowa degradacja stanie się bronią propagandową dla środowisk kibolskich. Radosław Osuch, prowadzący z nimi otwartą wojnę, ze świetnymi trickami w postaci podwyżki cen biletów do 200 złotych, mógł mieć w ręku mocny argument: bez was też da się wygrywać. Mógł, ale mieć nie będzie. Okazało się, że wypłaty na czas i uczciwy system premiowania mogą stać się zgubne. Zresztą już wielu prezesów, także na  Śląsku, przekonywało się, że najlepsze wyniki ich zespoły osiągały w najtrudniejszych, czyli najchudszych czasach. No cóż, taka jest właśnie logika polskiej piłki. A propos kiboli. Doprawdy nie jestem w stanie pojąć akcji, którą rozpoczęło kilku poznańskich dziennikarzy. Zaproponowali mianowicie zbiórkę pieniędzy na pokrycie szkód powstałych w czasie pomistrzowskiej zadymy, co ich zdaniem ma pomóc wizerunkowi Lecha. Serio, nie bardzo rozumiem dlaczego niewinni mają płacić za  grzechy bandytów.

W  skali regionalnej walka o  punkty znów w dużej mierze została zdominowana przez zawirowania finansowo-organizacyjne. Nieustannie rosnący dług z „chwilówek” Ruchu Chorzów, bombowa akcja przed  Wielkimi Derbami Śląska, Święty Mikołaj z Zabrza, który na  koszt podatników uratował Górnika, zadziwiający moment zwolnienia Leszka Ojrzyńskiego z  Podbeskidzia (nawiasem mówiąc równie zadziwiające były jego wymagania finansowe przedstawione w potencjalnym miejscu nowej pracy)  czy twit-terowa aktywność byłego szkoleniowca Piasta, Angela Pereza Garcii, były tematami znacznie ciekawszymi niż sportowa przeciętność naszego kwartetu.

Generalnie problem z realną oceną wartości polskiej ekstraklasy widoczny jest gołym okiem. Efektowne transmisje telewizyjne zamazują codzienną siermiężną rzeczywistość, weryfikowaną w europejskich pucharach. Deklaracje o poprawie bezpieczeństwa na stadionach kontrastują z tym, co dzieje się później na ulicach, popularność i markę ligowych zawodników określa chociażby ich kompletna nieobecność w  reklamach, natomiast całkiem przyzwoitą sumaryczną frekwencję weryfikuje fakt, że większość biletów kupowanych jest raptem na trzech obiektach.

Prawdziwym sprawdzianem rzeczywistej wartości ekstraklasy będzie rozstrzygnięcie przetargu na prawa telewizyjne. Procedury wciąż trwają, oferty mają zostać złożone raz jeszcze,co sugeruje, że rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami spółki a ofertami stacji są bardzo szerokie. Oby na finiszu nie okazało się, że nasza liga jest… bez-cenna.

Ten wpis miał się zaczynać inaczej. A mianowicie od mało finezyjnie zawoalowanej groźby ze strony Seppa Blattera pod adresem przeciwników, czyli religijnie brzmiącego zdania „Wybaczam, ale nie zapominam”. Zdania, po  którym rebelianci zostali zamrożeni  jak Han Solo, a  Michel Platini, jeden z  architektów ataku na  Gwiazdę Śmierci, desperacko rzucił się Szwajcarowi w ramiona, co u  obserwatorów wywołało  szyderczy śmiech politowania.

We wtorek wszystko się jednak zmieniło. Imperator abdykował. Osobiście, chociaż można podejrzewać, że nie do  końca z własnej woli. Przecież zaledwie pięć dni wcześniej unosił ręce w geście triumfu, symbolizując brutalną prawdę, że  tam gdzie gra toczy się o miliardy muszą być ofiary. Puste krzesła wiceprezydentów też nie działały jak odpowiednik „memento mori”, przesłonięte przez jasny przekaz „bądź lojalny, a rodzina (czytaj FIFAFa-mily) ci pomoże”. Bez wstydu chwalono się skarbcem z górą dolarów i przyznawano, że mundial pozostaje kurą znoszącą złote jaja. Za to deklaracje współpracy ze śledczymi rozwadniano przypomnieniami, że póki co nikomu  nie udowodniono jeszcze winy.

Imperium zdawało się rozkwitać. FIFA funkcjonuje przecież na Olimpie, niedostępnym śmiertelnikom, ponad rządami i poza ich kontrolą.  A te składają jej hołdy wiernopoddańcze oddając we władania stadiony mistrzostw świata i zgadzając się, by FIFA wprowadzała na terytoriach tak zwanych państw-gospodarzy własne prawa finansowo-podatkowe. I to wszystko w zamian za  igrzyska, urządzane w dużej mierze  na koszt tubylców.

O swojej sile futbolowi bossowie przekonywali się raz po  raz w czasie futbolowych wojen, których ofiarą padła także Polska. Pamiętacie pełną napięcia noc za czasów pezetpeeno-wskich rządów Mariana Dziu-rowicza, który wspierany przez UEFA nie ugiął się pod  atakiem ministra sportu Jacka Dębskiego? A ultimatum FIFA przeciwko kuratorowi wprowadzonemu przez Mirosława Drzewiec-kiego do związku Michała List-kiewicza? Nieudolne próby przejęcia kontroli nad  PZPN-em przez rząd w czasie panowania  Grzegorza Laty?Wszystkie zostały odparte przez FIFA. Jej bronią była groźba wycofania reprezentacji i klubów z  międzynarodowych rozgrywek. I to wystarczyło! Zresztą białe chorągwie wywieszano nie tylko nad Wisłą, ale i w kilku innych krajach.

Czy można się więc dziwić, że poczucie bezkarności i  wszechmocy rozkwitło w  FIFA na skalę niespotykaną, wypoczwarzając się w hydrę patologii z korupcją na czele? Na jej potędze łamały sobie zęby największe media, które mają na swoim koncie obalanie premierów i  ministrów. Przecież publikacje i reportaże o kulisach wyborów Rosji i Kataru na gospodarzy mundiali to już klasyka dziennikarstwa śledczego, z ukrytymi mikrofonami i kamerami, a także zeznaniami incognito. Trzeba było dopiero amerykańskiej bezwzględności, by machina sprawiedliwości ruszyła z miejsca. Zresztą to zapewne nie przypadek – trudno przypuszczać, by akurat w USA ugięto się pod groźbą wyrzucenia reprezentacji z międzynarodowych rozgrywek…

I właśnie za sprawą jankeskich szeryfów udało się dokonać tego, co wydawało się niewykonalne. Gwiazda Śmierci eksplodowała na naszych oczach. Blatter upadł, korona jest bezpańska. Niewykluczone, że sprawiedliwość sięgnie głębiej, że kupione mundiale zostaną wyprowadzone z Rosji i Kataru ku rozpaczy oligarchów i szejków, którzy po raz pierwszy w  życiu dowiedzą się, że jednak nie wszystko można kupić. I że podobne szarże na dłuższą metę nie popłacają, bo za poczuciem pychy zawsze kroczy upadek. Pytanie tylko, czy będą o tym pamiętać ci, którzy właśnie rozpoczęli piłkarską grę o tron.

Przyznam się od razu. Burzę na Twitterze wywołałem z  pełną premedytacją i z  zimną krwią. Na  zasadzie uderzenia w stół. Nożyce odezwały się od razu. Głównie z  hejtem, oburzeniem, bezrefleksyjnie. Tymczasem temat powinien dawać do myślenia…

W skrócie: wpis, który spotkał się z taką reakcją dotyczył frekwencji na weekendowych meczach pierwszoligowego GKSKatowice i  drugoligowego Rozwoju. Na  pierwszym oficjalnie pojawiło się 1200 osób, na drugim 1000. Hasło, które wzburzyło fanów z Bukowej, brzmiało: „Historyczny weekend. Więcej kibiców na  Rozwoju niż na GKS-ie”. Naciągane? Nieco, chociaż można mieć wątpliwości, czy na Gie-KSie nie wliczono posiadaczy karnetów, którzy na spotkanie z  Sandecją nie przyszli. W każdym razie reakcja była natychmiastowa. Jedna z defensywnych odpowiedzi ze strony kibiców GKS-u, spodobała mi się szczególnie: – Dla nich sufitem jest to, co dla nas podłogą.

Być może w tym stwierdzeniu jest spora część prawdy. Tyle tylko, że od dłuższego czasu kibice pierwszoligowca utrzymują się znacznie bliżej podłogi niż – trzymając się budowlanej terminologii – chociażby parapetów. A sytuacja nie ma znaczenia li tylko statystycznego.W jej kontekście trzeba przecież przypomnieć, że wokół klubu trwały i trwają gorące debaty dotyczące nowego stadionu i decyzji miasta określającej wielkość  obiektu, który ma powstać do  2018 roku,  na 12.000 miejsc. Kibice publicznie żądający kilku tysięcy krzesełek więcej od lat mieli szansę, by zagłosować za  swoją opcją nogami, czyli przychodząc na mecze. Szansę popisowo zmarnowali.

Problem ten nie dotyczy jednak tylko Katowic. Na gruncie pierwszej ligi nikt nie jest w  stanie przewidzieć, jak będzie wypełniał się nowy stadion GKS-uTychy, skoro kibice tego klubu odzwyczaili się od wspierania drużyny i do Jaworzna jeździ ich garstka. Ale spójrzmy na  szczyt. Górnik Zabrze nawet na  Wielkie Derby Śląska z Ruchem miał problem z wypełnieniem 3.000 (!) miejsc. Wśród szesnastu drużyn ekstraklasy pod  względem średniej frekwencji z czterech naszych klubów najwyżej, bo na dziesiątym miejscu, jest Ruch Chorzów – 5.780 osób na mecz, który zadaje w  ten sposób kłam tezie, że wpływ na liczbę widzów ma standard stadionu. Bo na nowoczesnej arenie Piasta pojawia się przeciętnie tylko 4.607 kibiców (11. miejsce), a na  Podbeski-dziu 3.874 (14., ale licząc tylko od otwarcia nowej trybuny średnia ta wynosi 4.791, czyli na poziomie gliwickim). W sumie wszyscy zmieściliby się na jednym średnim obiekcie.

Najwyraźniej jesteśmy świadkami upadku mitu, że fusbal dla Ślązaków jest czymś wyjątkowym, a  jeśli nawet wciąż tak, to coraz częściej unikają z nim bezpośredniego kontaktu, stawiając na przekaz telewizyjny. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Jej pierwszy aspekt, sportowy, dotyczy poziomu ekstraklasy, nie tylko zresztą w  śląsko-bes-kidzkim, ale generalnie w krajowym wydaniu, co udowadniają europejskie puchary. Przyczyna druga, istotniejsza, to społeczna otoczka piłkarskich wydarzeń. Zarówno ta stadionowa, z  zalewem wulgaryzmów, jak i miejska, z  obrzydliwymi graffiti czy z budzącymi strach przejazdami i przemarszami kibiców.

Wbrew temu, co twierdzi prezes Zbigniew Boniek, wizerunek polskiej piłki nożnej, zwłaszcza ligowej, wciąż jest fatalny. Wystarczy zresztą wspo-mnieć zachwyty władz PZPN nad finałem Pucharu Polski, który zakończył się zasłużonymi karami dla klubów za zachowanie ich fanów. Próby owijania kiepskiej jakości towaru w  złoty papierek nie przynoszą efektów – ludzie nie dają się nabrać. Tymczasem trzeba pamiętać, że w minioną sobotę na wirtualnym katowickim dwunas-totysięczniku to nie tysiąc miejsc byłoby zapełnione, tylko jedenaście tysięcy puste.

Trudno uciec od skojarzeń. Gdy dziesięć lat temu zatrzymano pierwszą osobę w akcji, która później ujawniła szokującą skalę korupcyjnego procederu, ówczesny prezes PZPN, Michał Listkiewicz, mówił o jednej czarnej owcy.
Wczoraj, gdy w Szwajcarii policja przeprowadziła spektakularną akcję zatrzymania sześciu prominentów z  FIFA, ten sam Listkiewicz oświadczył, że to efekt wyboru niewłaściwych ludzi przez państwa Ameryki Południowej i Środkowej. Dodając, że ani Sepp Blatter, ani europejscy członkowie UEFA, nie mieli na to żadnego wpływu.
FIFA od lat funkcjonuje jak samodzielne imperium. Niejednokrotnie, także w kontekście Polski, groziła państwom, że w przypadku ingerencji rządów w krajowe związki, kluby i reprezentacja zostaną wykluczone z rozgrywek. Może więc PZPN powinien teraz, w ramach rewanżu, zażądać uwolnienia zatrzymanych bossów pod  groźbą wystąpienia z federacji? Zresztą Listkiewicz jakoś to przecież wytłumaczy.

Za nami już 34 kolejka, ale wciąż trudno uciec od tego, co działo się w minioną środę, czyli od wydarzeń z meczu Legia – Jagiellonia. W 98 minucie spotkania sędzia Paweł Gil podyktował dla gospodarzy rzut karny, który do  czerwoności rozgrzał całe futbolowe środowisko.

Jedna  kwestia  związana z tą sprawą – czyli konieczność wprowadzenia analizy wideo – wydaje się oczywista, natomiast na drugą nikt właściwie nie zwrócił uwagi. To konsekwencje nagminnego w polskiej lidze odpalania rac i świec dymnych. Przecież to właśnie ze względu na pirotechniczne pokazy kiboli Legii,  arbiter został zmuszony do przerwania meczu i doliczenia tych kilkunastu minut.

Taki obrót sprawy okazał się dla gospodarzy korzystny, natomiast straciła na tym Jagiellonia. Nic więc dziwnego, że zwycięzcy z wielkim zapałem oklaskiwali swoich fanów oraz spikera, który od lat stanowi hańbę dla całej ekstraklasy. Niniejszym proponuję więc następujące rozwiązanie: w przypadku przerwania meczu sędzia powinien skonsultować się z kapitanem zespołu, którego fani nie ponoszą winy za  przerwę i według jego opinii podjąć decyzję, czy „brakujące” minuty zostaną dograne. W  ten sposób głupota kiboli może kosztować klub czas potrzebny do odrobienia strat czy też przechylenia szali na własną korzyść, co będzie znacznie boleśniejsze niż wymierzane przez Komisję Ligi grzywny.

Wiecie o tym, że niedawno zakończyły się mistrzostwa Polski w boksie? Pewnie nie, bo była meda-lodajna dyscyplina, z którą łączy się tyle wspaniałych, a nawet epickich historii, na mapie sportu znalazła się w bezpośrednich okolicach białych plam. O jej wydaniu regionalnym nie warto nawet wspominać – z  imprezy, z której kiedyś przywożono całe worki trofeów, tym razem dostarczono na  Śląsk tylko jeden, i to brązowy krążek.

Ostatni medal igrzysk olimpijskich? Wojciech Bartnik  w 1992 (brązowy). Ostatni medal mistrzostw świata? Aleksy Kuziemski w 2003 roku (brązowy). Ostatni medal mistrzostw Europy? Marcin Łęgowski w  2008 (brązowy). Polski boks amatorski – w tym przypadku to określenie ma zaskakująco dosłowne znaczenie – leży ciężko znokautowany, w dodatku najdotkliwsze ciosy zadali mu własnoręcznie tak zwani działacze. Takiego marazmu i braku kreatywności w scenografii klasycznego narodowego piekiełka (odwieczne wojny pomiędzy środowiskiem sędziowskim a trenerskim) doprawdy można szukać ze świecą w innych dyscyplinach.

Efekt? Spójrzmy, co przeciętny kibic zapamiętał z ringu i jego okolic z ostatnich lat. Z pewnością komediodramat Andrzeja Rżanego z igrzysk w Atenach. Reprezentant znad Wisły stanął tam do walki o medal z Azerem Fuadem Asłanowem. Przed  ostatnią rundą prowadził jednym punktem, ale w niej przeciwnik wyszedł na prowadzenie, co ułatwił mu zapewne fakt, że jego rodak był szefem komisji sędziowskiej. Nikt z  polskiego narożnika tej zmiany sytuacji Rżanemu nie zasygnalizował, więc ten zabawnie podskakiwał, prezentował całą gamę uników i uśmiechał się w kierunku filmującego walkę kolegi. Po ostatnim gongu uniósł ręce w geście triumfu, obiegł triumfalnie ring niczym chuderlawy gladiator z  Monty Pythona, by po chwili dowiedzieć się o porażce i  wypowiedzieć słowo, oznaczające po łacinie krzywiznę.

Kolejne historie są już znacznie mniej zabawne. W 2005 roku na zgrupowaniu przed turniejem im. Feliksa Stamma kadrowicz Krzysztof Cieślak został dźgnięty nożem przez swojego kolegę Rafała Kaczora, a dwóch innych reprezentantów uczestniczących w awanturze trafiło do izby wytrzeźwień. Najświeższa okazja, by boks trafił na czołówki gazet, też miała związek z ostrym narzędziem. Przed rokiem  wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego, Mustafa Kocinoglu, również pod wpływem alkoholu, pchnął nożem sędziego Zbigniewa Zagrodnika, a rzecz cała działa się w pokoju ówczesnego selekcjonera Walerego Korniłowa tuż przed  wylotem biało-czerwonych na  turniej do Debreczyna. Innych wzmianek o pięściarstwie znad Wisły w poważnych mediach nie stwierdzono.

Taki stan rzeczy szefów boksu niespecjalnie martwił, bo przynajmniej nikt im nie prze-szkadzał we wręczaniu sobie wzajemnie odznaczeń, nie rozliczał, nie krytykował. Z cienia wyszli na chwilę dopiero w 2013 roku, gdy z dziecięcym zdziwieniem mieszającym się z wyrazem twarzy Andrzeja Gołoty po  ciosach Lennoxa Lewisa, publicznie załkali, gdy minister Joanna Mucha zakwalifikowała ich dyscyplinę do grupy sportów „o małym znaczeniu w promocji kraju i nieliczących się w  rywalizacji międzynarodowej w kontekście walki o olimpijskie medale”, co przekładało się na znaczące obcięcie nakładów z budżetu.

Amatorscy działacze źródła problemów szukają jednak nie w sobie, a wokół siebie. Agresywna polityka grup zawodowych uwidacznia ich bezradność, jednak tłumaczona jest jako działania nie fair. Brak dużych sponsorów i zainteresowania ze strony telewizji (z drugiej strony co miałaby pokazywać?) to w ich opinii niezasłużona krzywda. Nie czują się winni, że po wielkich niegdyś klubach została spalona ziemia, i snują nostalgiczne opowieści, jak to Victoria Jaworzno zdobywała mistrzostwo Polski w scenerii starej górniczej cechowni. O  tym, co działo się przez wiele lat za ligowymi kulisami, o prezentach dla sędziów, przed- i pomeczowych imprezach, dzięki którym  nie sposób było wygrać na  obcym ringu, opowiadać nie chcą. A  przecież źródło wielu patologii właśnie tam miało swoje korzenie…

Kilka lat temu jeden z moich kolegów, poszukując wyników turnieju o Czarne Diamenty, dodzwonił się do prezesa Śląskiego Związku Bokserskiego. Usłyszał: – Proszę pana, ale ja teraz zwiedzam zamek. Z dzisiejszej perspektywy to scena właściwie symboliczna. Śląski i polski boks zamieniły się w sportowy skansen.