Archiwa tagu: Waldemar Fornalik

Piast Gliwice poniósł we Wrocławiu klęskę i zmarnował nieoczekiwaną nieco szansę wspięcia się na szczyt ligowej tabeli. Nie zmienia to faktu, że zespół Waldemara Fornalika pokonał w ciągu dwunastu miesięcy niezwykłą drogę. Po dziewięciu kolejkach poprzedniego sezonu ekipa z Okrzei zajmowała w tabeli czternaste miejsce mając na koncie dokładnie połowę obecnego dorobku punktowego. Co ciekawe, dokładnie odwrotną sytuację przeżywa Górnik Zabrze, który był wtedy wiceliderem, a na jego koncie było… dwa razy więcej punktów niż obecnie. Jak widać nawet w przypadkowych danych można czasem odkryć zadziwiające współzależności, z których wynika przede wszystkim ogólna kondycja Ekstraklasy, definiowana czasem w postaci powiedzenia o wyścigu żółwi.

Warto przy tych rozważaniach przypomnieć, że właśnie po dziewiątej kolejce nastąpiła w Piaście zmiana trenera – Dariusza Wdowczyka zastąpił Waldemar Fornalik. Były selekcjoner potrzebował kilkunastu miesięcy – podczas których zdarzały mu się bardzo trudne momenty z wizją zwolnienia włącznie – na odwrócenie karty z Okrzei. W tym czasie za miedzą Marcin Brosz przeżywał niezwykłe chwile, gdy jego piłkarze na wypełnionym po brzegi stadionie bili się o ekstraklasowe podium, wpisując się jednocześnie do kajetów opiekunów reprezentacji wszystkich kategorii wiekowych, z tą najważniejszą, mundialową, włącznie.

Fornalik i Brosz to ludzie, którzy dobrze już wiedzą, że po dniach tygodniach, miesiącach i latach tłustych przychodzą czasy chude (i vice versa). Obecny obrót koła fortuny nie jest więc dla nich zapewne przesadnie szokujący i traktują go w kategoriach oczywistości. W najbliższą sobotę obaj staną oko w oko z okazji derbów. Nieobecność kibiców gości oraz wyrzucenie miejscowych szalikowców przez zarząd Piasta pozwalają mieć nadzieję, że tym razem wreszcie stoczą normalny taktyczny pojedynek.

Myślałem, że już widziałem prawie wszystko, tymczasem życie ciągle nas zaskakuje – stwierdził filozoficznie Waldemar Fornalik po meczu Ruchu Chorzów w Płocku. No cóż, były selekcjoner wykazał się w tym momencie zadziwiającą naiwnością lub niebywałą pychą, bo pracując akurat w tym klubie, w którym pracuje, powinien mieć świadomość, że na pewno wszystkiego nie widział i na pewno wszystkiego nie zobaczy.

Któż bowiem mógłby się na przykład spodziewać, że logo Ruchu, słynna eRka, prowadzi własne niezależne życie? A to pojawi się wakacyjnie na Cyprze, bo akurat tam może się poczuć dowartościowana, a to pójdzie sama do banku, by się dyskretnie zastawić, a to uda do kosmetyczki na lifting… No cóż, po tylu latach najwyraźniej nauczyła się samodzielności i z niej korzysta.

Podobnie ma się sprawa z piłkarzami. Nie jestem pewny czy szkoleniowiec ma i miał świadomość, jak bardzo wszechstronnie utalentowaną grupę dostał pod swoje skrzydła. Co prawda nie zawsze jej członkom udaje się prosto kopnąć piłkę, ale za to strategie marketingowe, prowadzenie kampanii reklamowych i kreowanie medialnych wydarzeń wszyscy mają w małym palcu.

Wracając jednak do będącej inspiracją dla tego tekstu wypowiedzi. Proponuję prostu quiz – może właśnie King, skoro w swoim przekonaniu prawie wszystko już widział, zna odpowiedzi na kilka ważnych pytań. Na przykład takich: – Ile wynosi wewnętrzne zadłużenie Ruchu, które wszak w przypadku przejęcia Niebieskich np. przez miasto, stałoby się zadłużeniem zewnętrznym, a więc wymagającym spłaty?; – Jaką kwotę w rzeczywistości otrzymał Ruch od firmy pożyczkowej z Bydgoszczy i na jaki procent, skoro dług urósł tak niebotycznie, że zagroził istnieniu klubu?; – Dlaczego prezydent Chorzowa nie wpadł wcześniej na to, że oprócz wprowadzenia swojego człowieka do zarządu klubu konieczna jest także podobna decyzja dotycząca Rady Nadzorczej? – Kto i gdzie w rzeczywistości zastawił eRkę, którą później zaproponowano jako zabezpieczenie miejskiej pożyczki?

Jeśli Waldemar Fornalik zna poprawne odpowiedzi, rzeczywiście będzie miał prawo stwierdzić, że wie już prawie wszystko. I byłoby świetnie, gdyby się tą wiedzą podzielił, skoro nie chcą tego zrobić osoby zarządzające klubem.

Jeśli nie da się zmienić gry, to może trzeba zmienić piłkarzy? To zdanie Waldemara Fornalika po laniu, jakie Lech sprawił Ruchowi, ma potencjał na miarę futbolowego przewrotu kopernikańskiego. Znając jednak realia szkoleniowiec Niebieskich prędzej spłonie na stosie niczym Giordano Bruno, niż przekona do swojej tezy zarządców z Cichej.

Powszechnie znane prawo mówi bowiem, że taniej zwolnić jednego trenera niż kilkunastu zawodników. Ci ostatni zresztą z tej reguły skrupulatnie korzystają – czasami w sposób subtelny, a czasami wręcz brutalny. O sile tak zwanej szatni szkoleniowcy przekonują się raz po raz i doprawdy trzeba mieć charakter z żelaza, w dodatku wzmocniony gwarantującym niezależność solidnie wypchanym portfelem, by w tej sytuacji zachować klasę i… siłę.

Trzeba jednak przyznać, że Fornalik spełnia powyższe warunki. Jako krajowy trener osiągnął sporo, z posadą selekcjonera reprezentacji włącznie, a dzięki niej zarobił z kolei tyle, że nawet opóźnienia w wypłatach nie są mu już straszne. W dodatku posiada bonus w postaci bezgranicznego zaufania ze strony szefów klubu i wciąż wysokiego stopnia uwielbienia płynącego z trybun. Pozostaje jednak zasadnicze pytanie: jak miałaby wyglądać realizacja groźby Fornalika? Pustki w kasie nie pozwalają na dokonanie sensownej rewolucji i sprowadzenie solidnego zaciągu nowych zawodników przy jednoczesnym wypłaceniu odpraw dla tych niechcianych, których żaden dobrze płacący pracodawca z własnej inicjatywy nie zatrudni…

Żeby była jednak jasność: Fornalika i cały Ruch do obecnej sytuacji doprowadziły wieloletnie działania i decyzje właściciela klubu. Pamiętacie jeszcze zachwyty nad tym, że chorzowianie jako jedyni oparli swój skład tylko na Polakach i że mają najmłodszą jedenastkę w ekstraklasie? Kto wówczas miał odwagę powiedzieć, że to przecież nie świadomy wybór, a konieczność wynikająca z krachu finansowego? Podobnie jak ob-łudny uśmiech Dariusza Smagorowicza, rzekomo zadowolonego z narzuconych przez PZPN ograniczeń wysokości kontraktów. I tak na cud zakrawa fakt, że na takim bezrybiu wyrosło kilka gwiazdek, sprzedawanych wszak na pniu za czapkę gruszek, czego efektem jest obecna wypalona chorzowska ziemia.

Otym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia wiadomo nie od dziś. Można zresztą odnieść wrażenie, że powiedzenie to zostało ukute na piłkarskich stadionach, gdzie piłkarze i trenerzy mają zazwyczaj diametralnie inną opinię na temat boiskowych wydarzeń niż kibice i  dziennikarze oglądający mecz z trybun.

Nie i naczej było w sobotę w   Chorzowie. Po porażce z  Górnikiem Łęczna na zawodników Niebieskich spłynęła fala gwizdów, a byli piłkarze Ruchu opuszczający stadion przyznawali, że tak słabej drużyny z Cichej nie widzieli od wielu lat, nawet wtedy, gdy klub spadał z ekstraklasy.  Ich słów na temat polityki transferowej prezesa Dariusza Smagorowicza lepiej nawet nie przytaczać, bo tekst ten może być przecież czytany przez nieletnich i przed godziną 22.
Tymczasem na pomeczowej konferencji Waldemar Fornalik oświadczył, że w  drugiej połowie jego zespół trochę już przypominał Ruch sprzed kilku tygodni, a w ogóle pomimo tej porażki jest optymistą, bo z każdym tygodniem powinno być coraz  lepiej. No cóż, trudno rozstrzygnąć, czy wyraził w  ten sposób swoją prawdziwą opinię, czy też obowiązkowy urzędowy optymizm.

Szkoleniowiec Niebieskich nie bez powodu nazywany jest Kingiem i nie z takich opresji wychodził obronną ręką.Warto jednak przypomnieć kolejne powiedzenie: że z pustego i Salomon nie naleje. A przecież on też był królem.

Po piątkowym sparingu z Cracovią trener Ruchu Chorzów, Waldemar Fornalik, oświadczył wprost, że Niebiescy potrzebują jeszcze zawodników. – Będę to głośno powtarzał – podkreślił szkoleniowiec.

Ta deklaracja, w zderzeniu z polityką transferową prowadzoną przez Ruch, brzmi jak wołanie na puszczy. Przed nadchodzącym sezonem szatnię znów opuścili podstawowi zawodnicy (w dodatku klub na  nich nie zarobił), pozostawiając po sobie pustkę widoczną gołym okiem.

Szefowie Ruchu, niepomni doświadczeń z ostatniego sezonu, po raz kolejny postanowili zagrać w ruletkę, w myśl zasady, że może jakoś to będzie i zespół, któremu wyrwano niemal cały kręgosłup, będzie sprawnie poruszał się po bezpiecznych rejonach tabeli ekstraklasy.

Kingowi, jak nazywają Fornalika kibice Ruchu, trzeba współczuć. Po raz kolejny w  swojej chorzowskiej karierze został przez działaczy wrzucony na pole minowe.