Archiwa tagu: Zagłębie Sosnowiec

N ajmniej punktów, najwięcej straconych goli, najwięcej porażek – Zagłębie utknęło razem z Cracovią na dnie ekstraklasowej tabeli i nie ma w tym przypadku. Wymiar sportowy to jednak nie wszystko. Sosnowiczanie zdecydowanie odstają też w lidze pod względem stadionowej infrastruktury oraz, co częściowo jest z tym powiązane, frekwencji na trybunach. 4.289 widzów to średnia o blisko 650 osób niższa niż kolejnej w tym niechlubnym zestawieniu Wisły Płock.

Ilość – niestety dla wizerunku Zagłębia – przeszła też w jakość. Festiwale bluzgów, jakie słychać w tle transmisji telewizyjnych, przekraczają ligową (i tak wysoką) normę, czego nie omieszkali zauważyć między innymi telekibice obecni w mediach społecznościowych. A to już opinia, której nie sposób lekceważyć, bo działająca na zasadzie kuli śnieżnej, wciągającej coraz większe grono internautów, i skutecznie zniechęcających do przychodzenia na Stadion Ludowy.

Awans do elity wywołał nad Brynicą zrozumiałą euforię, tym bardziej, że był ukoronowaniem niemal epickiej walki w I lidze. Rzeczywistość po nim skrzeczy jednak znacznie bardziej niż spodziewali się nawet najwięksi pesymiści. Trudno nie zgodzić się z trenerem Dariuszem Dudkiem, twierdzącym, że zespół potrzebuje jakiegoś impulsu, który odmieniłby jego grę. W tym momencie trzeba jednak zadać sobie pytanie czy taki bodziec nie należy przede wszystkim do zakresu obowiązków samego szkoleniowca? Zwłaszcza, że na impulsy zewnętrzne, a już na pewne z trybun, sosnowicza-nie z pewnością liczyć nie mogą.

Obserwując spotkania Zagłębia nie sposób uciec od skojarzenia z Odrą Wodzisław, gdzie zwłaszcza zaawansowani wiekowo kibice z żelazną konsekwencją… hejtowali piłkarzy „swojego” klubu. Obrywało się zwłaszcza bogu ducha winnemu Pawłowi Sibikowi za wyjazd na mundial w Korei Południowej i Japonii.

Sosnowiczanie, doprawdy, nie idźcie tą drogą…

Sprawa Sebastiana Dudka, który de facto zwolnił trenera Piotra Mandrysza, zatacza coraz szersze kręgi i krąży coraz wyżej. Najprawdopodobniej już dziś zajmie się nią sam Polski Związek Piłki Nożnej, a srogi Stefan Majewski zapowiada surową karę.

Przyznam, że nie do końca rozumiem dlaczego akurat centrala ma się pochylać nad czymś, co powinno zostać załatwione na poziomie klubu. Tym bardziej, że nawet w PZPN-ie pracują osoby, które bywały wyrzucane na bruk, gdy tak postanowiła tak zwana szatnia. Wtedy jednak milczały i szukały kolejnego pracodawcy. Tak było, jest i będzie, tyle, że zazwyczaj dzieje się to za zamkniętymi drzwiami, a teraz Dudek przełamał tabu przed obiektywem kamery telewizyjnej. Ot, cała różnica.

Zresztą tak naprawdę to nowość tylko na szczeblu ligowym, bo szlak na szczytach przetarł nie kto inny, a sam (były już) prezes PZPN, Grzegorz Lato, zwalniając selekcjonera Leo Beenhakkera właśnie na szklanym ekranie, bez obecności najbardziej zainteresowanego. Wówczas niezłomny Majewski milczał jednak jak zaklęty… Ciężkich dział – w drugą stronę, czyli w obronie piłkarzy – nie wytaczano również wtedy, gdy Józef Wojciechowski wymyślał w swojej Polonii Warszawa haniebny Klub Kokosa.

Przede wszystkim jednak w światku, gdzie członkiem rady nadzorującej rozgrywki ekstraklasy jest człowiek, który ma nawet problem z ustaleniem czy logo reprezentowanego przez siebie klubu jest czy nie jest zastawione na poczet bankowego kredytu, mówienie o środowiskowej etyce brzmi dość zabawnie.

Zagłębie Sosnowiec dało show i przy okazji zerwało maskę hipokryzji, którą nosiła cała polska piłka. Za sprawą słów kapitana zespołu, Sebastiana Dudka, cała Polska zobaczyła, że tak zwana szatnia rzeczywiście potrafi zwolnić trenera. O, przepraszam, nie trenera, a „osobę, która prowadzi zespół”. Ten neologizm zrobił zresztą błyskawiczną furorę – od rundy wiosennej szkoleniowcy będą na boisko wypuszczać osoby broniące bramek, osoby blokujące do nich dostęp i osoby, których zadaniem będzie strzelanie goli.

Sosnowiecki coming out pokazał jednak nie tylko sam mechanizm, ale także bezradność szefów klubu. Prezes Marcin Jaroszewski, chwalony przeze mnie onegdaj za erudycję, tym razem kompletnie się zagubił nie stając po żadnej ze stron, a decyzję o zawieszeniu poprzedzając deklaracją, że gdyby jeszcze raz miał zatrudnić Piotra Mandrysza, to ponownie by to zrobił. No chyba, że następcę Jarosława Araszkiewicza, czyli następcę Jacka Magiery, wyrzucił ktoś inny, co tłumaczyłoby wypowiedź prezesa Zagłębia, wyartykułowaną raptem kilkadziesiąt minut wcześniej, że jest tak zmęczony, iż żadnych ruchów już nie podejmie. Może więc nie tylko w Bielsku-Białej klocki układa nie nominalny prezes, a ktoś w gabinetach ratusza?

Tak się złożyło, że Zagłębie jest bardzo blisko powiązane z Legią Warszawa. I właśnie te dwa kluby dostarczają w tym sezonie kibicom największej rozrywki. Legia na arenie międzynarodowej, gdzie prezentuje odmianę futbolu podwórkowego, w której brakuje jedynie propozycji, by za trzy rzuty rożne wykonywać rzut karny, a sosnowiczanie na krajowej, konsekwentnie zmierzając do rekordu liczby osób…, no dobra, szkoleniowców zatrudnionych w jednych rozgrywkach. Początkiem tego kabaretu była zresztą ich wspólna akcja właśnie z Legią, gdy ta – niczym na garażowej wyprzedaży – kupiła sobie Magierę i wywiozła do stolicy.

Cała ta dziwna historia mimo wszystko jest dużo bardziej zabawna niż pantomima uprawiana przez „osoby zarządzające” Ruchem Chorzów, a dotycząca oddania pożyczonych beztrosko publicznych pieniędzy i tajemniczego liftingu znaku klubu. Niebiescy zachowują jednak za to status quo na trenerskiej ławce, tę gierkę – z punktu widzenia mieszkańca miasta zdecydowanie mniej szkodliwą – zostawiając Zagłębiu.