Andrzej Poczobut: Jak wyszedłem z więzienia, taksówkarze wozili mnie za darmo

Kategorie: Bez kategorii

Tagi: , , , ,

Z Andrzejem Poczobutem, dziennikarzem, działaczem mniejszości polskiej na Białorusi i autorem książki „System Białoruś”, która miała swoja premierę z końcem października , spotkałam się na Targach Książki w Krakowie. Choć promował tam swoją książkę, w której szczerze opisuje sytuację na Białorusi, wiedział, że jego publikacja nie ma najmniejszych szans ukazać się w jego kraju. Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego taksówkarze wozili go za darmo, kiedy wyszedł z więzienia…

Po dwóch latach, nareszcie mógł pan przyjechać do Polski. Co pan zrobił w pierwszej kolejności po przyjeździe?

Najbardziej oczywiście zależało mi na tym, żeby odwiedzić moich kolegów i redakcję, dla której pracuję. Bardzo już chciałem przyjechać, bo przecież byłem niby niedaleko, a jednak za szklaną granicą, której nie mogłem przekroczyć. Przyjechałem tu też głównie ze względu na promocję książki.

Co powiedzieli na pana widok koledzy?

Byli zadowoleni, że mnie widzą. Przez dwa lata mogłem się z nimi kontaktować tylko za pomocą skype’a. Przez internet rozmawiałem z redaktorami, brałem udział w kolegiach redakcyjnych, to nie było łatwe. Dopiero po powrocie mogłem wziąć gazety z moimi tekstami do ręki, bo wcześniej to było niemożliwe.

Został pan uznany Dziennikarzem Roku 2011. Poczuł się pan wtedy trochę jak bohater?

Nie czuję się absolutnie bohaterem. Bohaterowie, to byli w 1940 roku. To jest przyjemne, kiedy nasza praca jest doceniana, ale unikam patetycznych wypowiedzi.

Nie boi się pan, że znowu kiedyś napisze pan coś, co nie spodoba się białoruskiej władzy i znów wrócą zakazy m.in. ten o możliwości przekroczenia granicy?

Mam nadzieję, że białoruskie władze wyciągnęły już wnioski z tej całej mojej sytuacji i wiedzą, że jest taki ktoś, jak obywatel Poczobut, który korzysta z praw, które daje mu konstytucja Republiki Białoruś i ponadto więcej nic nie chce.

Cała Polska śledziła pana losy. Przeszedł pan przez wielkie nieprzyjemności w związku z tym, że w niewygodny dla władzy białoruskiej, opisywał pan to, co dzieje się w tym kraju. Nigdy nie miał pan ochoty powiedzieć sobie „dość”?

Lubię swój zawód. Lubię dziennikarstwo. Dziennikarstwo jest bardzo ciekawe i choć nie jest to być może zawód, który daje dużo pieniędzy, tak jak inne prace, ale z pewnością, ta praca daje dużą satysfakcję. Kiedy piszesz coś, a potem widzisz swój tekst w gazecie albo opisujesz ludziom prawdziwe historie, to daje ogromną satysfakcję.

Dziennikarstwo to jednak szeroki obszar. Można się zajmować tematami, które są bardziej „wygodne” dla władzy. Pan chce pisać tylko o polityce?

Pracowałem wcześniej w białoruskich mediach, niezależnych oczywiście od władzy. Jednak kolejne gazety były zamykane i tak się stało, że zostałem korespondentem zagranicznym i już się przyzwyczaiłem do tego. To nie ma znaczenia czy byłbym dziennikarzem piszącym wewnątrz Białorusi czy do mediów zagranicznych. Swego czasu coraz bardziej przykręcano śrubę właśnie dziennikarzom białoruskim, a dopiero potem zaczęto się interesować tym, co wypisują korespondenci w mediach w Polsce czy nawet Rosji. Żaden dziennikarz na Białorusi nie ma lekko.

Ale są tacy, którzy są wpuszczani na konferencje z Aleksanderm Łukaszenką, a pan nie…

Aleksander Łukaszenka wybiera dziennikarzy, którzy mogą być na konferencji prasowej. Nie ma tak łatwo, żeby dziennikarz, który może zadać ostre pytanie, mógł pojawić się przy Łukaszence. Nigdy się na konferencji nie znalazłem. Nie mówię „niestety”, może „stety”, bo Łukaszenka potrafi mówić przez 5 godzin i jego wypowiedzi jest tyle na wszystkie tematy, w każdej dziedzinie, że już trudno jest go zapytać o coś nowego. Poza tym, niektóre swoje wypowiedzi zmieniał już kilka razy, począwszy od daty urodzin. Trudno mu wierzyć. Ale tacy bohaterowie z bajki, w wyniku cudu się rodzą…

Wspomniał pan o książce „System Białoruś”, która kilka dni temu miała swoją premierę. W Polsce może ją przeczytać każdy, a na Białorusi?

Szansa na to, że ktokolwiek ją tam przeczyta jest żadna. Nie tak dawno temu, wydawnictwo, które nawet nie wydawało politycznych książek, tylko historyczne i filozoficzne, straciło licencję. Więc, jeśli jakieś białoruskie wydawnictwo odważyłoby się wydrukować moją książkę, nie wiem, co by się działo. Ta publikacja mogłaby wywołać represję i z pewnością też pozbawiłaby licencji wydawców.

W książce opisuje pan kulisy działania białoruskiej władzy. Zastanawiam się, dlaczego choć ludziom nie żyje się tam dobrze, jednak ciągle uważają Aleksandra Łukaszenkę za swojego wodza. Kiedy obserwuje pan białoruskie społeczeństwo, czy ludzie tak naprawdę chcą jakichkolwiek zmian czy nie?

Myślę, że ludzie chcą zmian. Pokazują to też prowadzone od 1992 roku, przez niezależnych socjologów, badania opinii publicznej. Wynika z nich, że tylko 30 procent ludzi popiera Łukaszenkę. To jest dużo, biorąc pod uwagę, że jeden człowiek rządzi od 19 lat. Każdy europejski polityk byłby zadowolony z takiego wyniku, ale dla Aleksandra Łukaszenki to jest za mało, dlatego wybory są fałszowane i nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić.

 Uważa pan, że społeczeństwo jest zmęczone, ale na żaden zryw się póki co nie zapowiada?

Trzeba wiedzieć, że pomiędzy 28, a 33 procent Białorusinów popiera opozycję, czyli mniej więcej tyle samo, co Łukaszenkę. Gdyby wybory nie były fałszowane, władze mogłaby się już pewnie zmienić. Realne wsparcie Łukaszenka miał 15 lat temu, kiedy ponad 40 procent ludzi jeszcze na niego chciało szczerze głosować. Teraz, trudno będzie zmienić wynik głosowania, bo sytuacja już za daleko zaszła. Samej milicji jest na Białorusi 100 tysięcy osób. Milicjanci mają rodziny, do tego dochodzą urzędnicy i wszyscy z wiadomych przyczyn głosują na Łukaszenkę. Ten reżim niestety ma pewne oparcie i zaplecze.

Co musiałoby się stać, żeby coś się w tym kraju zmieniło?

Głównym wrogiem Łukaszenki jest gospodarka. Lewicowy i populistyczny reżim zawsze kończyły tak samo. Nieudolność gospodarcza była zawsze prowodyrem zmian i rewolucji na Białorusi. Jeśli obecnie paliwo w tym kraju jest tańsze niż jedzenie produkowane na Białorusi, to o czym to świadczy? Tylko o nieudolności gospodarczej.

Długo jeszcze trzeba będzie czekać aż Białorusini wyjdą na ulice i otwarcie powiedzą, że chcą zmian?

Tego nie można określić, ale już w 2010 roku już był taki wybuch. Już wtedy ludzie w mediach zapowiadali, że na placu w stolicy będzie manifestować 5 tysięcy, a ludzi było 50 tysięcy. Żeby uspokoić sytuację, trzeba było użyć służb specjalnych, żeby przegonili tłum. Kto wie, kiedy znów niezadowolenie Białorusinów się skumuluje.

Pana sąsiedzi to rdzenni Białorusini, ma pan białoruskich przyjaciół. Jak oni reagowali na pana publikacje? Nie przysporzył pan w sobie w ten sposób wrogów czy wręcz przeciwnie?

To jest właśnie bardzo ciekawa sprawa, bo wielokrotnie w telewizji były publikowane materiały oczerniające mnie i w ten sposób było widać, jak społeczeństwo reaguje na te moje kłopoty, które zaczęły się w 2005 roku od momentu afery ze Związkiem Polaków na Białorusi. Telewizja pokazywała mnie, jako wroga, który chce przyłączyć kawałek Białorusi do Polski albo kryminalista, który znieważył prezydenta i tak dalej i tak dalej. Mimo to, nigdy nie spotkałem się niczym niemiłym na ulicy.

Podobno taksówkarze wozili pana za darmo?

Po wyjściu z więzienia, gdzie bardzo schudłem, ludzie i tak mnie poznawali. Były przypadki, że taksówkarze rzeczywiście mnie do domu za darmo wieźli albo dawali zniżkęo. I to pokazuje, jak znienawidzony jest Aleksander Łukaszenka.

Wracając do pobytu w więzieniu. Jak tam pana traktowano?

Chyba, jak wszystkich więźniów politycznych, a trzeba wiedzieć, że wciąż takich aresztować jest na Białorusi sporo. Nie stosowano wobec mnie żadnych agresywnych ruchów, bo chyba zdawali sobie sprawę, że ja jestem dziennikarzem, a to jest taki zawód, że prędzej czy później napisałbym o tym, co się ze mną działo i jak byłem traktowany.

Nie lepiej byłoby przyjechać do Polski i tu spokojnie żyć?

Tam się urodziłem. Tam pochowani są moi dziadkowie i jest wieś Poczobuty, z której mój ród pochodzi. W 1939 roku zabrano nam paszporty, dlatego potem zmieniliśmy nazwisko na Poczobut. Jestem przywiązany do Białorusi.

Jak chciałby pan, żeby wyglądała ta idealna Białoruś?

Chciałbym, żeby Białoruś stała się państwem europejskim. Nie tylko politycznie, ale światopoglądowo. Żeby nie łamano tam praw człowieka, odbyły się wolne wybory i żeby istniały dobre stosunki Białorusi z Polską. Tylko tyle, a może aż tyle.

Rozmawiała Katarzyna Spyrka

* Książka „System Białoruś” jest bezkompromisowa. Jeśli od „grzecznych” opowieści wolicie książkę, która opisuje szczerze, aż do bólu fakty – to powinniście sięgnąć po tą właśnie pozycję. Czytając tą książkę, nie grozi Wam myślenie o czymkolwiek innym, niż tylko o białorusinach. Cały czas zastanawiam się, dlaczego nie chcą nic zmienić… Lektura daje do myślenia, pokazuje inny świat w epoce demokracji. I to też jest nasza epoka, więc warto jej się przyjrzeć. Polecam. Kasia Spyrka

Komentarze (3):

  1. asp

    Oby więcej takich dziennikarzy, tylko żeby Poczobut uważał z tym opowiadaniem na prawo i lewo co dzieje się naBiałorusi, bo może skończyć, jak wszyscy wrogowie Łukaszenki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*