Tomasz Borkowski: Za rolę w „M jak Miłość” staruszki grożą mi palcami

Kategorie: Bez kategorii

MTL Maxfilm, fot. Marta Gostkiewicz

Tomasz Borkowski, aktor pochodzący z Gliwic, stał się nową gwiazdą serialu „M jak Miłość”. Rola sąsiada i adoratora serialowej Kingi, sprawiła, że o aktorze ze Śląska mówi się coraz głośniej. W przyszłym roku zobaczymy go również na dużym ekranie. Jak to się stało, że chłopak z Gliwic staje się nową gwiazdą polskiego kina? Przeczytajcie!

Z dnia na dzień, zrobiło się o panu głośno. Rola w „M jak Miłość” rzeczywiście pomogła w rozwoju kariery?

Na razie trudno mi na ten temat cokolwiek powiedzieć. Oczywiście najlepszym miernikiem tej popularności byłby fakt, że dzwonią do mnie producenci z ciekawymi propozycjami, a tak się jeszcze nie dzieje, choć mam nadzieję, że kiedyś tak będzie.

Właśnie te możliwości skłoniły pana, żeby w końcu zagrać w serialu?

W serialu sprawa wygląda tak, że jesteśmy jedną nogą w sztuce i jedną nogą w biznesie. Ostatnie dziesięć lat grałem w teatrze rozwijając warsztat i wyobraźnię. Dla mnie to było ważne, choć może nie daje to sporych profitów. Długo odmawiałem grania dużych ról serialowych, czy to dobrze, czas pokażę. Za swoje największe osiągnięcie uważam rolę w spektaklu „Wujaszek Wania” w Teatrze Polskim, gdzie grałem Astrowa pod okiem wybitnego reżysera i pedagoga z Petersburga Wieniamina Filsztyńskiego. On dał mi lekcję teatralną na całe życie.

Ale tej roli już pan nie gra?

Po zmianie dyrekcji spektakl został zdjęty, choć proszę mi uwierzyć, że płaciłbym więcej niż teatr mi, za to, żebym mógł to grać. Z radością zachowałbym się odwrotnie niż biznesowa logika podpowiada.

Zanim trafił pan na plan serialu, był pan w stanie utrzymać się z samego aktorstwa. To zawód, z którego można „wyżyć” od początku?

Dzisiaj mój zawód powoduje, że staje się w rozkroku pomiędzy marzeniem o budowaniu sobie pomnika trwalszego niż ze spiżu, a doczesnością. Dlatego co jakiś czas, trzeba robić coś wbrew trendowi, w imię marzenia.

No dobrze, z jednej strony marzenia i teatr, z drugiej rola w serialu, a co z filmem?

Jeśli chodzi o sukces filmowy, to mam nadzieję, że ten niedługo nadejdzie.

Tylko kiedy?

Przez ostatnie trzy lata pracowałem wraz z moją ukochaną[ Kasią Mazurek] i parą wspaniałych Australijskich twórców[ Anniką Glac i Markusem Struziną] nad produkcją, która w 2014 roku powinna mieć swoją premierę w naszym kraju. Nakręciliśmy film pt. „Bunny”. Premierę w Melbourne miał ten film już parę miesięcy temu i muszę powiedzieć, że zyskał naprawdę bardzo pochlebne recenzje. Cały ten film zrobiliśmy za własne pieniądze, bez grosza pomocy z zewnątrz. Mimo to zależało nam, żeby jakościowo film nie odstępował od produkcji na dobrym poziomie i mamy nadzieję, że publiczność te nasze starania doceni. Bardzo mi było miło, kiedy w Australii, krytyka filmowa określiła naszą produkcję jako kontynuację mysli Kieślowskiego.

A jak pan się w ogóle znalazł na planie „M jak Miłość”?

U mnie sprawa wyglądała klasycznie. Po prostu agencja aktorska, z którą współpracuję dostała informację o poszukiwaniu aktora do nowej postaci w serialu. Potem zdjęcia próbne i spotkanie z Kasią Cichopek. Świetnie nam sie pracowało i tak znalazłem się w obsadzie serialu.

Sceny, które teraz możemy oglądać w serialu kręcone były już dawno.

Casting odbył się rok temu, a sceny kręciliśmy wiosną i latem. Teraz mamy chwilową przerwę ze względu na prywatne życie Kasi Cichopek. Po narodzinach jej dziecka, kiedy wróci do formy, mamy jeszcze wspólnie popracować.

A nie przybyło panu wrogów?

Staruszki grożą mi palcami na ulicy, bo rozbijam małżeństwo, które one śledzą od 13 lat. Oczywiście traktuje to z przymrużeniem oka. Ja się nawet cieszę, że mój bohater jest niejednoznaczny. Póki co, robi na przemian rzeczy okrutne i wspaniałe, a dokąd zmierza, to już zależy od wyobraźni i woli scenarzysty.

Może pan zdradzić czy wątek z pana udziałem zostanie rozwinięty?

Nie ma w tym żadnej kokieterii, ale ja naprawdę tego nie wiem. Mogę jedynie powiedzieć, że do mojego wątku została już znaleziona była żona i córeczka, więc podejrzewam, że w tym roku produkcji, jakiś krok naprzód z moim bohaterem będzie miał miejsce.

Gdzie pana jeszcze można teraz zobaczyć oprócz serialu?

Mam nadzieję, że dyrekcja Teatru Studio da mi jeszcze pograć spektakl „Freddie, w którym gram Freddiego Mercurego, a bardzo lubię tę rolę. Jeśli nie, to pozostaje trzymać kciuki, zanim premiery doczeka się film „Bunny”. W tej chwili, film zaczyna festiwalowe życie. Pokazaliśmy go już w Niemczech. Mam nadzieję, że dostarczy widzom wielu wzruszeń.

Jak to się w ogóle stało, że chłopak z Gliwic trafił na wielki ekran?

Najpierw, w dzieciństwie uprawiałem taniec towarzyski. Potem była szkoła muzyczna, gitara i wokal. Później,  na przeglądzie poezji, jako finalista na warsztatach teatralnych spotkałem się z panią Dorotą Pomykałą, która otworzyła mi oczy na to czym naprawdę chcę się zajmować i chyba powinienem. Potem trafiłem do jej studia aktorskiego w Katowicach na dwa lata a nastepnie do Akademii Teatralnej w Warszawie i tak już zostało na całe życie. Od tamtej pory mieszkam w Warszawie.

Pierwsze role pojawiły się już na studiach?

Faktycznie wtedy pierwszy raz miałem kontakt z kamerą. Byłem z tego bardzo zadowolony. Pamiętam taki serial, którego kilka odcinków reżyserowała Agnieszka Glińska z Cezarym Żakiem i Arturem Barcisiem pt. „Miodowe Lata”. To w tym serialu zaliczyłem swój debiut.

Konsekwentnie przez te wszystkie lata odmawiał pan gry w serialach, aż tu nagle trafia pan do serialu „M jak Miłość”, który ogląda kilka milionów Polaków…

No właśnie, chyba tak trzeba. Jak już, to z grubej rury (śmiech). Poza tym, tam jest bardzo fajna ekipa. Kilka osób już znałem, a w trakcie  roku poznałem resztę. Stanowimy zgraną grupę.

Obowiązki służbowe „wygnały” pana do stolicy, a co ze Śląskiem?

Niestety w tej chwili jestem już tylko Ślązakiem w CV, ale marzę i tęsknię za rodzinnymi stronami. Bardzo lubię Gliwice i wiele temu miastu zawdzięczam. Rodzice mieszkają teraz w miejscowości Rudy, kawałeczek od Gliwic, więc na szczęście ciągle mam jeszcze powód by odwiedzać to piękne miasto.

Czyli to nie plotki, że rudzanie pana widują?

Zgadza się, dzięki rodzicom, przyjeżdżam tam, jak do siebie. Zwłaszcza, że to jest przepiękna miejscowość i pałac i ten kompleks parków, trasy rowerowe, tam naprawdę jest co robić. Uwielbiam ten region i dziwię się, jak całe dzieciństwo poukładało się tak, że mnie nie zawiodło do Rud.

Czego panu życzyć w Nowym Roku?

Na wiosnę mam nadzieję rozpocząć próby do swojego reżyserskiego debiutu teatralnego. Jeśli Ministerstwo Kultury mnie wesprze finansowo, to na pewno przedsięwzięcie się odbędzie. Będzie to prapremiera na podstawie sztuki Pawła Bulaszewskiego,  „ Piątkowy wieczór”. Główną rolę zagra Kinga Suchan i Ania Bosak. Obydwie młode i zdolne dziewczyny. Będzie to połączenie teatru dramatycznego z teatrem tańca.

Jeszcze jakieś plany na przyszły rok?

Prawdopodobnie powstanie druga część serialu „Wojna i Miłość” nawiązującego do czasów I wojny światowej, w której miałem przyjemność grać m.in. z Kubą Wesołowskim i Wojtkiem Zielińskim. Poza tym liczę na kontynuację roli w serialu „Blondynka”. I oczywiście tęsknię też za teatrem. Dużo bym dał, żeby móc stworzyć choć jedną rolę w roku.

Rozmawiała Katarzyna Spyrka

Komentarze (1):

  1. bili

    TO PIĘKNE – że nasz śląski aktor znalazł się w takim gronie gwiazdorskim — a RUDY — to rzeczywiście prawdziwa perełka w okolicy- pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*