Paweł Małaszyński: Wyglądam tak, jak wyglądam. Nic na to nie poradzę

Kategorie: Bez kategorii

Paweł Małaszyński fot. archiwum polskapresse

Aktor Paweł Małaszyński nie czyta plotek na swój temat i skupia się na pracy w Teatrze Kwadrat. Tymczasem tabloidy donoszą, że rzuca aktorstwo dla kariery muzycznej, a drudzy plotkują o jego nowo narodzonej córeczce. Nam opowiedział o tym, dlaczego nie czyta plotek na swój temat i jak radzi sobie z etykietą „amanta”. Z Paweł Małaszyńskim, spotkałam się przed spektaklem „Ślub doskonały” w Rybniku, w którym aktor gra główną rolę.

Pewnie wiele osób już Cię o to pytało, ale ja też muszę, dlaczego zrezygnowałeś z roli w „Lekarzach”?

Nie gram w tym serialu od roku. Temat jest dla mnie zakończony. Nie przedłużyłem umowy. Uważałem, że moja postać nie zmierza w dobrym kierunku i nie ma co tego ciągnąć.

To może inaczej. Słyszałam, że zrezygnowałeś z tej roli dla kariery muzycznej.

Też tak słyszałem. To bzdura. Ktoś tak napisał w internecie, a 90 procent rzeczy, które czytacie w internecie, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nie zawracam sobie tym głowy.

Dlatego dobrze, że jest okazja, żeby o to zapytać.

Nie należę do osób, które się tłumaczą z tego, co robią. Wiem kim jestem. Ty pewnie wiesz więcej na mój temat niż ja sam. O różnych rzeczach dowiaduję się od ludzi, którzy przychodzą po spektaklu i mówią: „słyszeliśmy o Tobie to”, albo „czy wiesz, że mówią o Tobie tamto…”. Pytam, po co ludzie czytają takie bzdury. Moja niewiedza jest moim szczęściem.

Czyli gra w teatrze to jedno, a zespół to drugie. Można to pogodzić?

Oczywiście, dla chcącego, nic trudnego. Wiadomo, że trzeba się trochę nagiąć i koncerty rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Na przykład teraz już wiem, że mamy wszystkie koncerty ustalone do końca sierpnia. Oczywiście w międzyczasie pojawiają się jakieś inne propozycje, ale wtedy muszę to już ustalać z moim dyrektorem teatru, to jest najważniejsze. To podstawa, żeby dojść do porozumienia z moimi zajętościami teatralnymi, ale tak jest też w przypadku reszty członków zespołu Cochise. Oni też mają swoją pracę, rodziny w Białymstoku i żeby wyjechać na koncert, muszą wziąć bezpłatny urlop. Takie koncerty odbywamy najczęściej od piątku do niedzieli, a z drugiej strony, weekend, to jest też dobry moment, żeby wyjechać ze spektaklem, tak, jak np. dziś do Rybnika. Z teatrem też już mamy zarezerwowane terminy aż do października. Im wcześniej załatwię sobie wolne weekendy z moim dyrektorem, tym lepiej, ale nie ma z tym większego problemu. Gorzej, jeśli pojawiają się nagle jakieś ciekawe propozycje i niestety nie mogę ich przyjąć, bo w tym czasie gram w teatrze.

Skoro to wszystko można pogodzić, to jak w takim razie wygląda Twój dzień? Biegasz od próby do próby?

Dzień jest zwyczajny. Wstaję rano, robię śniadanie dziecku, odprowadzam do szkoły. Potem wracam i czekają mnie jakieś normalne, domowe obowiązki. Jeżeli przygotowujemy spektakl, to najczęściej o godzinie 10 jestem już w teatrze na próbie, mniej więcej do 14. Potem odbieram dziecko ze szkoły, jemy wspólny obiad, robimy lekcje… Nic nadzwyczajnego.

A kiedy czas na próby z zespołem?

Próby w Białymstoku odbywają się mniej więcej trzy razy w tygodniu i są bardzo regularne, ale zespół odbywa je sam, beze mnie, czyli bez wokalisty. Z tego względu, że ja mam pracę w Warszawie. Pojawiam się na próbach, kiedy mam wolny weekend i decydujemy się z rodziną, że jedziemy do Białegostoku albo są np. święta. Wtedy te próby są bardzo owocne. To nie jest tak, że chłopaki robią wszystko sami, a ja właściwie przyjeżdżam na gotowe. W dobie internetu to jest o tyle łatwe, że ja sobie pracuję nad tekstami, oni pracują nad muzyką, czyli kręgosłupami utworów i możemy to sobie wysyłać. Jak wpada mi do głowy jakaś melodia, a mam ich tysiące na dyktafonie, to im przesyłam. Potem, jak się spotykamy, to utwory są już właściwie gotowe, wystarczy je parę razy wspólnie zagrać.

Emocje na koncertach są porównywalne z tymi, które przeżywasz grając w spektaklu?

Stres jest ten sam. Te dwie sceny gdzieś tam się przenikają, ale to są zupełnie innego rodzaju emocje. W ogóle, wychodzę z założenia, że łatwiej mi nawiązać kontakt z kilkudziesięcioosobową publicznością niż z jedną osobą, która siedzi naprzeciwko. W pewien sposób czuję się odpowiedzialny za publiczność. Sceny niosą za sobą pewne niebezpieczeństwo i z drugiej strony ciekawość, bo nigdy nie wiadomo, co się stanie, kiedy podniesie się kurtyna. W teatrze, w „Ślubie doskonałym”, na scenie jesteśmy nadzy, gramy na żywo, tu i teraz, nie mamy szansy zagrać dubla. Podobnie jest na koncercie, gdzie stres też mi towarzyszy.

Mając takie doświadczenie na scenie, jeszcze się stresujesz?

Stres jest mile widziany. Wydaje mi się, że gdyby tego stresu nie było, popadłbym w pewnego rodzaju rutynę. Nie wiem, czy w ogóle jest to możliwe, bo ja grając 180 raz ten sam spektakl, cały czas mam tremę. W teatrze ten stres trwa może dwie-trzy minuty. Na koncercie, zawsze z tego żartuję, że pierwsze dwa utwory nadają się do wyrzucenia, zanim się przyzwyczaję do publiczności i zniknie stres.

Gdybyś miał wybrać: teatr albo muzyka?

Byłoby bardzo ciężko, żeby zrezygnować z teatru. Film czy serial, to jak zawsze powtarzałem dodatek, który bardzo kocham ale to jedna wielka niewiadoma, nigdy się nie napinałem. Moją największym marzeniem jako wyuczonego aktora był zawsze teatr, z którego nigdy nie zrezygnuję. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym przestał grać w teatrze. Chyba, że teatr zrezygnuje ze mnie. To samo zresztą z muzyką. Odkąd pamietam zawsze zajmowałem się muzyką, pisałem sobie teksty do szuflady, chowałem w głowie melodie. Gdybyś mi przystawiła lufę do głowy, to miałbym straszny problem, to byłoby okrutne, nie potrafiłbym wybrać.

Wróćmy jeszcze na chwilę do aktorstwa. Jak to jest, że jesteś obsadzany zawsze w roli amantów?

Nic na to nie poradzę. Zawsze byłem obsadzany albo w roli twardzieli z bronią w ręku albo amantów. Jedyną taką odskocznią, w ciągu 12 lat pracy w zawodzie było nieszczęsne „Ciacho”, w którym mogłem pokazać zupełnie coś innego, „Skrzydlate świnie” i mój debiut „Biała sukienka”. Poza tym, rzeczywiście jestem w tej szufladzie pt. amant i twardziel.

Nie przeszkadza Ci to?

Staje się to nudne. Ale, kiedy robię sobie czasem rachunek sumienia i patrzę z perspektywy czasu na wszystko, co do tej pory zrobiłem, to zdaję sobie sprawę z tego, że w pewnym okresie faktycznie zawładnęła mną mocno telewizja. Robiłem wtedy bardzo dużo rzeczy, które chciałem zrobić. „Tajemnica twierdzy szyfrów”, „Twarzą w twarz”, „Magda M”, to były trzy duże seriale, po których było mnie dużo, ale ja chciałem wziąć udział w tych wszystkich produkcjach. Potem zrobiłem sobie dwuletnią przerwę, gdzie nie przyjmowałem żadnych propozycji, bo były one nieciekawe, albo podobne, aż do momenty pojawienia się roli w „Skrzydlatych świniach”. Nie żałuję żadnej produkcji, w której zagrałem, nawet tych, które były po prostu słabe, bo czasami się tak zdarza.

Często słyszysz, że Paweł Małaszyński to amant i przystojniak?

Nie uciekam od tego, bo nie jestem w stanie zmienić myślenia tzw. światka filmowo-telewizyjnego na temat postrzegania mojej osoby. Wyglądam tak, jak wyglądam, nic na to nie poradzę.

Na brak pracy nie możesz narzekać.

W przeciągu dwóch lat czekają mnie cztery, może nawet pięć premier w teatrze. W tej chwili, dla przeciętnego zjadacza chleba, jeżeli cię nie ma w telewizji, to znaczy, że nic nie robisz, nie istniejesz zawodowo, a to zupełnie nie tak. Cały czas gram, jestem w swoim macierzystym Teatrze Kwadrat od 12 lat. W maju zaczynają się próby do kolejnego spektaklu pt. „Format”. To będzie sztuka o scenarzystach.

Tym razem nie będziesz amantem?

A jakie to ma znaczenie?. W ogóle nie zastanawiam się nad takimi rzeczami. Myślenie w ten sposób i tłumaczenie się z tego jest dla mnie nudne. Wiem kim jestem, jestem szczęśliwym człowiekiem, jestem na takim etapie życia, na jakim jestem i jest mi dobrze. Korzystam z życia na tyle ile mogę i nie oczekuję więcej. Jeśli się ktoś będzie chciał mi zaproponować rolę zupełnie inną niż te, które zagrałem do tej pory, to chętnie się złamię. Nie muszę bywać, żeby być i grywać, żeby tylko grać. Wchodzę w projekty, które mnie interesują i nie zastanawiam się, czy to będzie amant czy to będzie morderca. Mnie interesuje postać jako człowiek, jego emocje. Gdybym miał odrzucać każdą propozycję roli tylko dlatego, że postać ma w sobie coś z „amanta”, to miałbym problem. Nawet w „Skrzydlatych Świniach”, grany przeze mnie Oskar, też był trochę amantem. Jestem przystojny, tak, jak mówisz i często mnie obsadzają w takich rolach, ale ja nie mam z tym problemu. Jeśli ktoś inny ma, to już jest jego sprawa.

Zostawmy już ten wątek amanta. Oprócz teatru, będzie Cię jeszcze można gdzieś jeszcze w najbliższym czasie zobaczyć? Film, serial?

Krótka odpowiedź: nie. Jest rodzina, teatr, zespół – to najważniejsze.

I tak sporo, żeby ogarnąć to wszystko w 24 godziny. Mogę powiedzieć, do zobaczenia w Rybniku?

Na pewno 16 maja będę tu ponownie teatrem, ze sztuką „Berek”. Chcielibyśmy też z zespołem zagrać tu w czerwcu przed koncertem 30 Seconds to Mars jako suport, ale na razie, to nic pewnego. Walczymy.

Rozmawiała Katarzyna Spyrka

Komentarze (1):

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*