Krzysztof Ziemiec: Ludziom się wydaje, że znanym żyje się tylko dobrze

Kategorie: Bez kategorii

 

Z Krzysztofem Ziemcem, dziennikarzem i prezenterem "Wiadomości", spotkałam się rok temu na Targach Książki w Krakowie. Zwyczajna-niezwyczajna rozmowa o tych, którzy w życiu zmierzyli się z tragedią i śmiercią. Warto przypomnieć sobie tą rozmową w przeddzień święta zmarłych. Polecam też sięgnąć w wolnym czasie po książkę Krzysztofa Ziemca, "Niepokonani".

ziemiec


Niedawno odbyła się premiera pana nowej książki "Niepokonani". Powiedział pan, że ta książka jest ludziom potrzebna. Skąd to przekonanie?
Do tej pory prowadziłem program, w którym prowadzę rozmowy z ludźmi, którzy mają za sobą ciężkie przeżycia, ale nawet, jeśli to będzie bardzo dobry program, to pozostaną po nim, jakieś wspomnienia, które ulegną szybkiemu zatarciu. Książka za to, jest czymś, niezwykłym - ponadczasowym i to dosłownie. Można ją postawić na półce, zapomnieć, a po jakiś czasie znowu sięgnąć. A być może sięgną po nią kiedyś nasze dzieci i powiedzą: kurcze,  jakie fajne przykłady, że można żyć inaczej, godnie. Poza tym miałem wewnętrzne, niemal stuprocentowe przekonanie, że ta książka jest ludziom potrzebna, o czym zdążyłem się już przekonać podczas spotkań autorskich.

To nie jest zwykła książka...  
Tego typu książki, które są świadectwem walki innych osób z cierpieniem, w dodatku, jeśli są to osoby znane, dają do myślenia. Ludziom się wydaje, że tym znanym to żyje się tylko dobrze, bo są znani, lubiani i wszystko mają, a okazuje się, że po pierwsze wcale tak nie jest, po drugie mają swoje problemy, a po trzecie, potrafią sobie z nimi radzić. A skoro oni, tym, których cenimy to się udało, to dlaczego nie nam. Traktowałem tą książkę jako przewodnik po życiu dla tych, którzy być może poszukują wzoru. Przykłady tych dwunastu osób chyba trafią do każdego.

Po tą książkę sięgają jednak nie tylko Ci, którzy przeżyli jakąś osobistą tragedię, ale też zwykli ludzie, bo sama przyznaję, że lektura tych wywiadów potrafi zmienić nastawienie do życie w ogóle.
To tym bardziej cieszy. Wszyscy doskonale wiemy, że w dzisiejszym świecie mediów, najlepiej sprzedaje się plotka, po drugie, najlepiej, żeby to była plotka dotycząca osób znanych, a po trzecie najlepiej, gdyby ta plotka ociekała krwią, seksem i różnymi takimi rzeczami, o których ludzie kiedyś nie mówili, bo to było wstydliwe, a dziś o oberwaniu ręki czy nogi opowiada się w mediach. W mojej książce nie ma plotki, jest szczera rozmowa dwóch osób oparta na prawdziwych losach i zmaganiach. Dobrze byłoby, gdyby sięgnęli po nią też ludzie młodzi i zobaczyli, że to, że dzisiaj żyje nam się dobrze, nie znaczy, że jutro wszystko się zmieni i będziemy potrzebować pomocy. Może lektura zmieni nastawienie ludzi, staną się wrażliwsi na cierpienie drugiego człowieka i będą potrafili też wyciągnąć pomocną dłoń.

Rozmawiał pan z ludźmi, którzy mają za sobą naprawdę ciężkie przeżycia. Stracili dzieci, ukochaną osobę, byli na granicy życia, walczyli z nieuleczalną chorobą. Która z tych rozmów była dla pana najtrudniejsza?
Każda z dwunastu rozmów, które zamieściłem w książce była trudna. Najtrudniejsza była chyba ta z Moniką Kuszyńską, która uległa ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, po którym jest sparaliżowana od pasa w dół. To była pierwsza moja tak poważna rozmowa, w dodatku ja jeszcze byłem poturbowany trochę po swoich przejściach (ucierpiał poważnie ratując swoją rodzinę z płonącego mieszkania - przyp red.). Rozmowa była też o tyle trudniejsza, że ja jestem mężczyzną, ona - kobietą i wiedziałem, że pewnych intymnych granic w tej rozmowie nie mogę i nie powinienem przekraczać. Ale równie trudna była dla mnie  rozmowa z Ewą Błaszczyk, bo była bardzo wzruszająca. Nie wiedziałem, jak daleko mogę się ze swoimi pytaniami posunąć, żeby kogoś nie urazić, a to nasze spotkanie odbywało się u niej w domu, gdzie za ścianą leżała jej córeczka będąca od kilkunastu lat w śpiączce.
Czytając książkę, miałam wrażenie, że nie było łatwo rozmawiać z aktorem Henrykiem Gołębiewskim?
To był rozmówca, który wyrażał się bardzo skromnie. To znaczy w odpowiedzi na moje pytania, rzucał krótko "tak", "nie", "mówiłem już panu". Słowem koszmar dla dziennikarza, ale w ten sposób pokazałem tylko, że nie wszyscy tak chętnie mówią o swoich przeżyciach.

W książce wielokrotnie pan pisze, że niektóre rozmowy przywoływały w panu wspomnienia swoich trudnych chwil, z którymi pan się musiał zmierzyć po pożarze...
To, o czym pani myśli , nie było dla mnie przeszkodą w prowadzeniu trudnych rozmów, wręcz przeciwnie. Starałem się nie myśleć o tym, co ja przeżywałem, ale było to atutem, w nakłanianiu tych moich bohaterów, żeby się ze mną zgodzili spotkać i chcieli porozmawiać i otworzyli się. Oni wiedzieli, że spotykają się z człowiekiem, który sam coś przeżył i otarł się o cierpienie i nie jest to pierwszy z brzegu dziennikarz, który ma zestawione pytania na kartce. Nigdy też nie porównywałem się z moimi bohaterami, bo czymże jest mój wypadek przy tragicznej śmierci córki Eleni (szaleńczo zakochany w jej córce były chłopak - zamordował córkę wokalistki - przyp. red.). Bez porównania są też moje przejścia z kilkunastoma latami zmagań Ewy Błaszczyk, która walczy o wybudzenie swojej córeczki ze śpiączki... 

Podczas tych trudnych, wzruszających rozmów nawiązały się jakieś bliższe więzi, przyjaźnie? Utrzymuje pan kontakt z bohaterami swoich rozmów?
Taki kontakt udało mi się nawiązać m.in. z Moniką Kuszyńską, z którą niedawno udało mi się drugi raz spotkać w celach zawodowych. To o tyle ciekawe, że minęły trzy lata od naszej pierwszej rozmowy i teraz każde z nas jest na innym etapie. Monika jest już artystką, która ma kalendarz wypełniony po brzegu. Nie zastanawia się już nad tym, że jest niepełnosprawna,  absolutnie jej to nie przeszkadza i idzie do przodu. Wspólne przemyślenia i sposób patrzenia na życie i świat łączy mnie też z Radkiem Pazurą. Sympatyczne więzi udało się też nawiązać z panią Ewą Błaszczyk i Jankiem Melą. Ostatnio nawet dostałem od niego zaproszenie na film opowiadający o nim, którego premiera była kilka dni temu, także widać, że ten kontakt sprzed kilkunastu miesięcy procentuje.

A utrzymuje pan kontakt z rodziną Dawida Zapiska, który jak pan przyznał był inspiracją do napisania tej książki?
Cieszę się, że pani o to pyta. Rzeczywiście, było tak, że z myślą napisania książki mierzyłem się od jakiegoś czasu, ale zawsze nie było czasu, sił, myślałem, po co taka książka. Może to jest wyraz jakiegoś mojego dziennikarskiego zarozumialstwa. Śmierć Dawida we wrześniu 2012 roku zmieniła mój sposób myślenia. Pomimo swojej ciężkiej choroby, ten chłopak miał ogromny apetyt na życie, ciągle marzył. Udało nam się spełnić przy pomocy widzów jedno z tych marzeń o zobaczeniu na żywo meczu Hiszpanów na Euro 2012. Kiedy Dawid umarł, ja akurat prowadziłem "Wiadomości", miałem na kartce wypisane słowa, którymi chcę go pożegnać, ale nie byłem w stanie, bo łzy cisnęły się do oczu. Powiedziałem tylko "Żegnaj Dawidzie, byłeś dla nas wzorem". Jego mama w rozmowie, którą wyemitujemy wkrótce na antenie TVP 1, przyznała, że jej 14-letni syn nauczył ją i nas wszystkich, jak nie bać się śmierci i godnie żyć.

Wspomina pan o wzruszeniu. Wielokrotnie w książce, w komentarzach do rozmowy, pisze pan, że pan się popłakał. Mężczyzna przyznaje się do łez, w dodatku dziennikarz, nikt tego panu nie wypominał?
Kiedyś, jeszcze prowadząc program z cyklu "Niepokonani", kiedy na antenie kilka razy uroniłem łzę, przeczytałem o sobie: "Ziemiec, Ty mazgaju, weź się w garść, nie bądź babą". Strasznie się tym przejąłem, a potem pomyślałem, jakim trzeba być pustym, bez serca człowiekiem, bez wrażliwości, żeby takie rzeczy mówić. Absolutnie nie wolno się wstydzić łez, bo my - dziennikarze jesteśmy ludźmi i tym lepszymi jesteśmy dziennikarzami, jeśli mamy w sobie empatię. Oczywiście nie zawsze w sytuacjach kryzysowych można popadać w histerię. Dam tu dwa przykłady: śmierć Jana Pawła II i tragedia w Smoleńsku. W jednym i drugim przypadku prowadziłem serwisy informacyjne i choć też głos stawał mi w gardle, walczyłem i powiedziałem, co się wydarzyło. Widzowie wymagają od nas profesjonalizmu, ale w przypadku takich rozmów, można sobie na te łzy pozwolić.

W Dzień Wszystkich Świętych też nie musimy kryć wzruszenia. O kim pan myśli w tym czasie najbardziej? 
Przede wszystkim wspominam mojego tatę, który leży na cmentarzu na Powązkach, gdzie od kilku lat kwestuję. Tam też jest grób mojego kolegi Marcina Pawłowskiego, dziennikarza, z którym pracowałem. Niestety pokonał go rak.

Rozmawiała Katarzyna Spyrka (26.10.2013)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*