Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

Szymon Hołownia dziennikarz i publicysta zajmujący się głównie tematyką religijną. Autor licznych książek poświęconych właśnie tej tematyce. Był dyrektorem programowym i autorem programów w TV Religia. Prowadzi także wspólnie z Marcinem Prokopem show „Mam Talent”. „Holyfood”, to tytuł jego nowej książki. Autor proponuje w niej duchową dietę cud, która zmienia życie. Ta rozmowa daje do zrozumienia, że Bóg to nie jest maszynka do spełniania życzeń, choć często nam się tak wydaje.

Na prośbę, publikuję również adresy stron internetowych fundacji, które wspiera Szymon Hołownia. To: fundacja.kasisi.pl i dobrafabryka.pl

hołownia

fot. mamtalent.tvn.pl/Grzegorz Press

Jakie jest pana ulubione danie? Można powiedzieć, że dla katolika rarytasem jest np. komunia święta?
Zaznaczyłem to już na wstępie mojej książki, że jestem raczej marnym kucharzem. Do moich osiągnięć w dziedzinie gastronomii mógłbym zaliczyć ugotowanie wody i to czasem z problemami. Rzeczywiście w katolicyzmie, a jeszcze wyraźniej – w prawosławiu, bardzo wyraźnie widać, że nasza wiara – katolicyzm, mocno angażuje całego człowieka. Chrześcijaństwo jest bardzo zmysłową religią, nie może być inaczej, skoro centralną postacią jest w nim Bóg, który stał się z krwi i kości człowiekiem. Moja wiara nie jest więc jakimś eterycznym piękno-duchowstwem, angażuje też wzrok, dotyk, smak, mnie całego. Proszę zwrócić uwagę, że najważniejszym wydarzeniem w naszej wierze jest uczta. Nie samo jedzenie, ale przede wszystkim spotkanie się ludzi ze sobą, wzajemna troska o to, by się posilili, wzmocnili i ciało i ducha. Nasza msza to przecież pamiątka Wieczerzy Paschalnej, którą Jezus zjadł ze swoimi uczniami, a której wymiar duchowy zbudowany jest na bardzo ludzkim doświadczeniu: to był posiłek ludzi ruszających w drogę.

Na wstępie książki twierdzi pan, że napisanie jej było ryzykiem. Dlaczego?

Nie publikuję w tej książce żadnych ryzykownych treści. Szukam tylko jakiejś ułatwiającej „trawienie” formy. W wielu poprzednich książkach „mędrkowałem”, teraz idę w inną stronę: próbuję jakoś przyciągnąć uwagę ludzi do spraw, które – mam wrażenie – są przez nas pomijane, bo wydaje nam się, że skoro są najprostsze, to mamy je odfajkowane. Uniwersyteckie debaty można toczyć, ale my często nie zaliczyliśmy podstawówki. Piszemy doktorat, zamiast najpierw nauczyć się porządnie oddychać albo właśnie jeść. Pomijamy rzeczy najbardziej zasadnicze, fundamentalne, sam mam do tego skłonność i wciąż walczę z tym, żeby nic nie odwracało mojej uwagi od Najważniejszego.

I właśnie dlatego woła pan: „Zostawmy w cholerę wszystko inne, lećmy za Jezusem”…
A jak mam inaczej to wykrzyczeć? Ja tak mówię, ba – wykrzykuję to na co dzień. Ta książka jest chyba najbardziej osobista z tych, które dotąd napisałem. To krzyk skierowany i do mnie samego. Bo ja naprawdę uważam, że my nie mamy nic innego do roboty, tylko iść za Jezusem. Nie mamy Go zastępować, wcielając się w rolę mesjaszy, którzy zbawią parafię, gminę, państwo czy świat. Nie mamy w Jego imieniu wydawać ludziom wiz do nieba. My mamy całe swoje życie oddać temu, by jak najlepiej Go poznać, by jak najbardziej się do niego zbliżyć, by jak najpełniej otworzyć się na to, co On chce w naszym życiu zrobić. Chrześcijaństwo to nie jest system filozoficzny, ideologia ani organizacja społeczna, to jest relacja żywych ludzi z żywym Bogiem i z sobą nawzajem. Patrząc na wielu moich balansujących na krawędzi Kościoła znajomych, mam wrażenie, że chcą odejść, bo czują, że wymaga się od nich jakichś zachowań, ale nie doświadczyli w nim miłości. Wiedzą wiele o chrześcijaństwie, ale w życiu, mimo wysiłku katechetów i księży, żywego Chrystusa nie spotkali.

Żeby faktycznie ludzie zaczęli koncentrować wiarę na tym, co ważne, powinno się jednak zmienić coś w Kościele.
Roboty jest mnóstwo. Gdy przyjrzeć się wynikom badań podstawowej wiedzy religijnej – mamy dramat. Gdyby na ulicy poprosić ludzi, by powiedzieli kilka słów o Jezusie Chrystusie – będzie dramat, choć o in vitro albo o tym czy innym biskupie chętnie wypowie się każdy. Chrześcijanin ma światu do powiedzenia w zasadzie tylko jedno: „Chrystus zmartwychwstał”, jest nadzieja dla każdego. Wiem, że z tym sądem wielu moich kolegów się nie zgodzi, ale mam w tej sprawie jasno wyrobione zdanie: nasz polski Kościół nie potrzebuje dziś kolejnych, coraz to bardziej wysublimowanych refleksji na temat gender. Potrzebuje elementarnej katechezy, która na powrót uczyni go chrystocentrycznym.

Dochodzimy tu do tego, że bycie katolikiem a bycie katolikiem praktykującym to jednak spora różnica…
Pytanie, co rozumiemy pod pojęciem „katolik praktykujący”. Praktyki religijne to środki, a nie cel sam w sobie. Sama pobożność nie wystarczy, jest pusta, jeśli jest czymś innym niż formą wyrażenia i przeżywania miłości. Ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że pobożność daje ciepło, a wiara daje światło. Wierzącego człowieka poznaje się zaś nie po tym, że ładnie gada o wierze, ale że on żyje jak wierzący człowiek. Jeśli twoja wiara realnie nie zmienia czyjegoś życia na lepsze, jest jałowa.

Pan uparcie rozpowszechnia wiarę. Kiedy panu tak naprawdę zaczęło zależeć na tym, żeby Polacy zmienili swoje podejście do religii?
Nie mam żadnej specjalnej misji. Nie jestem przecież rzecznikiem prasowym, nie mam jakiejś specjalnej misji od Kościoła. Jestem jednym z milionów polskich katolików i dzielę się tym, co we mnie samym kipi, co pracuje we mnie samym. Czy ktoś za tym pójdzie, to już osobna kwestia i nie moja odpowiedzialność. Ja nie chcę nikogo nawracać. Chcę się tylko podzielić swoim doświadczeniem, opowiedzieć, co widziałem i co widzę po drodze, a przy tym przypomnieć ludziom, że Bóg chce im dać szczęśliwe życie. Szczęśliwe już tu, na ziemi. Nie zawsze bez chorób, nie zawsze bogate w pieniądze czy doznania, ale szczęśliwe, pełne, na ile tylko jest to na ziemi możliwe. Dziesiątki moich znajomych mają w głowach obraz Boga – policjanta, księgowego albo posępnego stróża. Chciałbym wysadzić te ich figury w powietrze! Nasz Bóg taki nie jest. Po to też napisałem tę książkę, by ludziom umęczonym swoją wiarą przypomnieć, że Bóg chce dać im nadzieję, a nie powiększyć ich lęk. Że jest prezesem ich fanklubu.

Pisze pan: „Pomagaj, bo jak się okaże, że to jest Bóg, to będzie siara”. Tak się powinno mówić, żeby ludzie coś zrozumieli z religii?
Nie nadaję się na moralizatora. Mówię i piszę takim językiem, jakim się komunikuję z ludźmi, z którymi się spotykam na wykładach, spotkaniach i z przyjaciółmi. Nie widzę powodu, żeby się stroić nagle w język, który nie jest mój. Na szczęście nie ma przymusu czytania Hołowni, każdy może wybrać to, co mu pasuje.

Więc jaki jest przepis na „dietę cud” dla katolika?
Na początku trzeba uwierzyć, że Bóg żyje. Po drugie, że jest dobry. Po trzecie, że Bóg przysięga na samego siebie, że chce, abyśmy byli szczęśliwymi i spełnionymi ludźmi. Jeżeli ktoś, kto stworzył wszechświat i ma wszystko w swoim ręku, przychodzi i ofiaruje człowiekowi partnerską relację i miłość, jak można z czegoś takiego nie skorzystać? W książce zachęcam do tego, by możliwie jak najbardziej tę swoją wiarę uprościć. Proponuję ćwiczenia: na dwa tygodnie zrezygnuj w relacjach z Bogiem i z ludźmi ze słowa „proszę”, w każdej sytuacji zastępując je słowem „dziękuję”. Otwórz się na relację, oducz się mówienia: „martwię się o ciebie”, „przykro mi”, mów: „czy czegoś ci potrzeba?”. Zaczną dziać się cuda. Jeżeli jestem w stanie, dzięki moim darczyńcom, zapłacić 250 osobom rachunki za szpital albo fundować leki i kupić jedzenie naszym 210 dzieciakom chorym na AIDS, to widzę cuda. Pan Bóg ma nasze ręce, oczy i nas, żebyśmy mogli robić cuda w życiu innych ludzi.

A co z chodzeniem do kościoła? Niektórzy chodzą tylko dlatego, że rodzina nakazuje…
Takim ludziom chciałbym powiedzieć, że zachowują się jak ktoś, kto wybrał się z bliską osobą do banku, w którym każdemu przychodzącemu wypłacają od ręki sto milionów dolarów. Proszą cię do okienka, a ty mówisz: „ale ja dziękuję, ja tylko przyszedłem z ciocią”. Bóg to więcej niż bilion dolarów. Człowieku, leć tam, póki możesz! Jak można z tej oferty nie skorzystać?

Dziennik Zachodni, 23 grudnia 2014

 

Dariusz P. jest podejrzany o zabójstwo swojej 5-osobowej rodziny poprzez celowe spowodowanie pożaru domu przy ul. Ździebły w Jastrzębiu. Do tragedii doszło w maju ubiegłego roku. Do tej pory, mężczyzna podejrzany o tą makabryczną zbrodnię nie przyznał się do winy. W marcu został aresztowany, a gliwicka prokuratura postawiła mu zarzuty. Dariusz P. przyznał się jedynie do utrudniania śledztwa w tej sprawie. Przez dwa miesiące mężczyzna przebywał na obserwacji psychiatrycznej. Według nieoficjalnych doniesień ujawnionych przez reporterów UWAGI, został uznany za poczytalnego i stanie przed sądem. Gliwicka prokuratura, na razie nie potwierdza tych informacji. – Wciąż nie otrzymaliśmy opinii psychiatrycznej w tej sprawie – usłyszeliśmy w prokuraturze. Zanim poznamy ostateczną decyzję biegłych, przypomnijmy sobie wywiad, którego Dariusz P. udzielił nam dwa miesiące po tragedii. Zapewniał w nim, że nie ma nic wspólnego z pożarem.

SAMSUNG

Rozmowa opublikowana w Dzienniku Zachodnim 4 lipca 2014 r.

Za kilka dni miną dwa miesiące od tragedii, która się wydarzyła w pana domu. Jak pan sobie teraz radzi? 
Zależy jak na to wszystko spojrzeć. Pod względem życia rodzinnego, nadal jest ciężko. Mój psycholog, z którym bardzo dużo rozmawiam na różne tematy, mówi mi, że nadal chyba jeszcze nie do końca wyszedłem z szoku i chyba to wszystko do mnie nie dociera. Ciężko jest pod względem osobistym, bo oczywiście cieszę się, że mam syna już prawie dorosłego i cieszę się, że chociaż on przeżył, ale strata pozostałej piątki jest tak ogromna. Cisza, która zapanowała jest nie do zniesienia. Zrobiłem im grobowiec, posadziłem obok niego kilka drzew z naszego ogrodu. Niedawno Justyna miałaby osiemnastkę, więc postawiłem jej na grobie 18 zniczy w kształcie serca, a w środek wstawiłem jej zdjęcie. 5 lipca byłyby 4. urodziny Agusi, a później nasza rocznica ślubu. Muszę to jakoś przeżyć.

Dlatego ma pan czasem wrażenie, że oni jeszcze wrócą? 

Trudno mi to wytłumaczyć. Czasem jadę koło 14 do naszego domu i czekam w ogrodzie na żonę, która z Agusią wróci z przedszkola. Choć wiem, że one już nie wrócą, że to koniec…

A co z synem Wojtkiem, który ocalał w pożarze? 
Dużo rozmawialiśmy i nadal rozmawiamy, choć w tej chwili przebywa na rekolekcjach. Z pewnością go to wzmocni pod względem wiary. Wojtek wrócił tydzień po tragedii do szkoły w Oświęcimiu, gdzie mieszka w internacie. Ma tam wspaniałego wychowawcę. Stwierdziliśmy z synem, że skoro zostaliśmy, to znaczy, że mamy jeszcze do zrobienia wiele wartościowego, więc musimy się wzajemnie wspierać. 

Wrócił pan do pracy? 
Cały czas przebywam na zwolnieniu lekarskim. Nie bardzo wiem, w którą stronę mam teraz iść, jaki mam cel w życiu. O powrocie do życia zawodowego chyba też nie ma, póki co, mowy, bo to, co kiedyś robiłem kilka dni, dziś zajmuje mi miesiąc. Poza tym zawód stolarza wymaga precyzji i koncentracji, a o tym na razie nie ma mowy. 

Odebrał pan właśnie klucze do nowego mieszkania, to znaczy, że do starego domu nie chce pan wrócić? 
Czasem jeżdżę do domu skosić trawę. Nie chcę zaniedbać ogrodu, o który żona tak bardzo dbała i tak pięknie go urządziła, ale nie potrafię tam być za długo, bo ta tęsknota wraca ze zdwojoną siłą. Nie wykluczam, że może kiedyś tam wrócę. Szkoda, że to wszystko teraz stoi puste. Najmłodszej córce, jako tato-stolarz zrobiłem taki domek drewniany przy piaskownicy i się marnuje. Teraz muszę się skupić na urządzeniu nowego mieszkania, ale przychodzi mi to z trudem, bo czuję się tak, jakby mi ktoś głowę zamienił, nie potrafię się na tym skoncentrować, choć wiem, że jest to istotne, bo przecież potrzebuję mebli, kuchni i innych rzeczy. Jak już miałem nóż na gardle, to w końcu zamówiłem potrzebny materiał, ale nie wiem, czy będzie pasował. 

Zabierze pan z domu jakieś rzeczy? 
Na pewno zdjęcia, których mieliśmy chyba z trzydzieści w kuchni. Żona je wieszała w takim specjalnym kąciku. Na jednym z nich Agusia siedzi w foteliku z kaczorkiem, z wycieczki w zoo. Wezmę też książki, które ocalały.

W liście, którym pożegnał się pan z rodziną na pogrzebie, tłumaczył pan sobie tę tragedię słowami Ewangelii. Ma pan w sobie silną wiarę i za to wszyscy pana podziwiają. Nie miał pan momentów załamania? 
Tu nie chodzi o załamanie, ale jeśli chodzi o tę kwestię pożaru, to do końca życia będę żył z pewnym wyrzutem sumienia, bo mam tę świadomość, że choć nie z własnej winy ani nie z zamierzonego celu to się wydarzyło, to mam poczucie niedopełnienia obowiązków i to jest jedna sprawa, a druga kwestia to wiara. Ja nie jestem fanatykiem, słyszę też od ludzi, gdzie był Pan Bóg, jak była wojna i gdzie był, jak umierali tak dobrzy ludzie. Tam był, gdzie był, po prostu to szatańskie siły czasem dochodzą do głosu, tak jak Hiob, jesteśmy testowani cierpieniem. Teraz wierzę inaczej, bo wiem, że moi najbliżsi biorą w pełni udział w tym, w co wierzyliśmy będąc razem. Cieszę się z każdego dnia, kiedy wstaję, bo wiem, że każdy dzień jest bliższy spotkaniu z Bogiem i bliskimi w niebie.

Dlaczego pan ma wyrzuty sumienia? 
Takie mam przeświadczenie, ale nic więcej na ten temat nie mogę powiedzieć. Po prostu, może gdybym był w domu, mógłbym jakoś zareagować. Bardzo mi przykro, że to spotkało moich najbliższych. 

Był pan w pracy. Często pracował pan w nocy? 
W ciągu dnia starałem się zawsze jak najwięcej czasu spędzać z rodziną. Odprowadzałem Agusię do przedszkola, potem miałem czas, żeby zawsze rano z żoną napić się kawy, potem załatwialiśmy jakieś sprawy, zakupy, woziliśmy dzieci do lekarza i jak nie starczało czasu w dzień, to pracowałem w nocy. Wtedy miałem zaległości z jednym zleceniem. Miałem przerwę w pracy, bo kilka tygodni wcześniej nieszczęśliwie obciąłem palce. Pojechałem więc w nocy do warsztatu poza Jastrzębiem, żeby skończyć to zlecenie. Miałem nienormowany czas pracy, ale mając swoją firmę mogliśmy sobie na taki tryb życia pozwolić. 

Słowem, to był normalny dzień, nic nie zapowiadało tragedii? 
Ucałowałem żonę na pożegnanie, posadziłem Agusię na nocniczku i czytałem jej bajki. Na dobranoc mi powiedziała, żebym jej nie przykrywał, bo jej cieplutko… A potem już była identyfikacja. 

Jak się pan dowiedział o pożarze? 
Jak usypiałem Agnieszkę, ściszyłem telefon. W warsztacie jest głośno, nie słyszałem, że telefon wibrował. Jak zauważyłem, że dzwonił do mnie syn o tej porze, oddzwoniłem do niego. Powiedział mi tylko, że mam przyjechać, że on jest w wozie, ale resztę ratują. Już nie pamiętam, czy zamknąłem warsztat. Jechałem, ile fabryka dała. Przyjechałem, to obraz był katastrofalny. Jak zobaczyłem, że idą z nieprzytomnym Marcinkiem, też zasłabłem… 

Kilka dni spędził pan w szpitalu? 
Tak naprawdę już w piątek rano wiedziałem, że wszystkich podtrzymują przy życiu. Lekarz mi powiedział, że żona, Agusia i Marcinek tak naprawdę nie wiedzieli w ogóle, co się stało. Przeszli na lepszy świat we śnie. W szpitalu podpisałem też zgodę na pobranie organów. Dostałem list ze szpitala w Jastrzębiu z podziękowaniem. Wiem, że od żony nerki zostały przeszczepione 52-letniej kobiecie, a od Marcinka nerki uratowały życie 57-letniemu mężczyźnie. 

Interesuje pana to, co dzieje się w śledztwie w sprawie ustalenia przyczyn pożaru? 
Wiadomo, że każdy chciałby wiedzieć, dlaczego do tego doszło, ja też. Wiem, że sprawdzane są różne wątki i do czasu zakończenia dochodzenia trudno o uzyskanie informacji. Jesteśmy na każde zawołanie policji. Wiem, że oni też muszą wykonywać swoją pracę, którą realizują bardzo profesjonalnie.

Według nieoficjalnych informacji, śledztwo prowadzone jest w kierunku ustalenia winnego. Może być tak, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, ale ktoś celowo doprowadził do pożaru? Chyba nie mieli państwo wrogów? 
Jeśli chodzi o najbliższych i sąsiadów, to absolutnie nie. Ani ja, ani mój syn nie mamy z tym pożarem nic wspólnego. Też chciałbym wiedzieć na pewno, czy w tym zdarzeniu nie było osób trzecich. Mój syn uważa, że obudziła go córka Gosia, która była piętro niżej i Justyna, za ścianą. Syn zdążył zamknąć drzwi i wychylić się przez okno, skąd wezwał pomoc. Chciałbym wiedzieć, jakie było ułożenie ciał, czy Justynka i Gosia też próbowały uciekać, choć to już nic nie zmieni. 

Wspomniał pan, że wybiera się nad morze? 
Kiedyś zajmowałem się masażem. Dowiedziałem się, że nad morzem mieszkają dwie siostry z zanikiem mięśni, które potrzebują pomocy. Jadę tam za kilka dni. Przynajmniej będę wśród ludzi i poczuję się potrzebny. Czasem mam wrażenie, że moi orędownicy, których mam teraz w niebie, podsyłają mi różne pomysły, żebym tutaj nie zwariował z tej samotności i tęsknoty. Czuję ich wsparcie z góry. 

Często pan z nimi rozmawia przy grobie… 
Jest mnóstwo sytuacji, kiedy mi pomagają. Ostatnio dowiedziałem się, że mój ojciec jest poważnie chory. I znów poprosiłem: „Jesteście tam blisko Boga, zróbcie coś, bardzo Was proszę”. I stał się chyba jakiś cud, ojciec zdrowieje.