Dariusz P. poczytalny? W wywiadzie mówił, że ma wyrzuty sumienia

Kategorie: Bez kategorii

Dariusz P. jest podejrzany o zabójstwo swojej 5-osobowej rodziny poprzez celowe spowodowanie pożaru domu przy ul. Ździebły w Jastrzębiu. Do tragedii doszło w maju ubiegłego roku. Do tej pory, mężczyzna podejrzany o tą makabryczną zbrodnię nie przyznał się do winy. W marcu został aresztowany, a gliwicka prokuratura postawiła mu zarzuty. Dariusz P. przyznał się jedynie do utrudniania śledztwa w tej sprawie. Przez dwa miesiące mężczyzna przebywał na obserwacji psychiatrycznej. Według nieoficjalnych doniesień ujawnionych przez reporterów UWAGI, został uznany za poczytalnego i stanie przed sądem. Gliwicka prokuratura, na razie nie potwierdza tych informacji. – Wciąż nie otrzymaliśmy opinii psychiatrycznej w tej sprawie – usłyszeliśmy w prokuraturze. Zanim poznamy ostateczną decyzję biegłych, przypomnijmy sobie wywiad, którego Dariusz P. udzielił nam dwa miesiące po tragedii. Zapewniał w nim, że nie ma nic wspólnego z pożarem.

SAMSUNG

Rozmowa opublikowana w Dzienniku Zachodnim 4 lipca 2014 r.

Za kilka dni miną dwa miesiące od tragedii, która się wydarzyła w pana domu. Jak pan sobie teraz radzi? 
Zależy jak na to wszystko spojrzeć. Pod względem życia rodzinnego, nadal jest ciężko. Mój psycholog, z którym bardzo dużo rozmawiam na różne tematy, mówi mi, że nadal chyba jeszcze nie do końca wyszedłem z szoku i chyba to wszystko do mnie nie dociera. Ciężko jest pod względem osobistym, bo oczywiście cieszę się, że mam syna już prawie dorosłego i cieszę się, że chociaż on przeżył, ale strata pozostałej piątki jest tak ogromna. Cisza, która zapanowała jest nie do zniesienia. Zrobiłem im grobowiec, posadziłem obok niego kilka drzew z naszego ogrodu. Niedawno Justyna miałaby osiemnastkę, więc postawiłem jej na grobie 18 zniczy w kształcie serca, a w środek wstawiłem jej zdjęcie. 5 lipca byłyby 4. urodziny Agusi, a później nasza rocznica ślubu. Muszę to jakoś przeżyć.

Dlatego ma pan czasem wrażenie, że oni jeszcze wrócą? 

Trudno mi to wytłumaczyć. Czasem jadę koło 14 do naszego domu i czekam w ogrodzie na żonę, która z Agusią wróci z przedszkola. Choć wiem, że one już nie wrócą, że to koniec…

A co z synem Wojtkiem, który ocalał w pożarze? 
Dużo rozmawialiśmy i nadal rozmawiamy, choć w tej chwili przebywa na rekolekcjach. Z pewnością go to wzmocni pod względem wiary. Wojtek wrócił tydzień po tragedii do szkoły w Oświęcimiu, gdzie mieszka w internacie. Ma tam wspaniałego wychowawcę. Stwierdziliśmy z synem, że skoro zostaliśmy, to znaczy, że mamy jeszcze do zrobienia wiele wartościowego, więc musimy się wzajemnie wspierać. 

Wrócił pan do pracy? 
Cały czas przebywam na zwolnieniu lekarskim. Nie bardzo wiem, w którą stronę mam teraz iść, jaki mam cel w życiu. O powrocie do życia zawodowego chyba też nie ma, póki co, mowy, bo to, co kiedyś robiłem kilka dni, dziś zajmuje mi miesiąc. Poza tym zawód stolarza wymaga precyzji i koncentracji, a o tym na razie nie ma mowy. 

Odebrał pan właśnie klucze do nowego mieszkania, to znaczy, że do starego domu nie chce pan wrócić? 
Czasem jeżdżę do domu skosić trawę. Nie chcę zaniedbać ogrodu, o który żona tak bardzo dbała i tak pięknie go urządziła, ale nie potrafię tam być za długo, bo ta tęsknota wraca ze zdwojoną siłą. Nie wykluczam, że może kiedyś tam wrócę. Szkoda, że to wszystko teraz stoi puste. Najmłodszej córce, jako tato-stolarz zrobiłem taki domek drewniany przy piaskownicy i się marnuje. Teraz muszę się skupić na urządzeniu nowego mieszkania, ale przychodzi mi to z trudem, bo czuję się tak, jakby mi ktoś głowę zamienił, nie potrafię się na tym skoncentrować, choć wiem, że jest to istotne, bo przecież potrzebuję mebli, kuchni i innych rzeczy. Jak już miałem nóż na gardle, to w końcu zamówiłem potrzebny materiał, ale nie wiem, czy będzie pasował. 

Zabierze pan z domu jakieś rzeczy? 
Na pewno zdjęcia, których mieliśmy chyba z trzydzieści w kuchni. Żona je wieszała w takim specjalnym kąciku. Na jednym z nich Agusia siedzi w foteliku z kaczorkiem, z wycieczki w zoo. Wezmę też książki, które ocalały.

W liście, którym pożegnał się pan z rodziną na pogrzebie, tłumaczył pan sobie tę tragedię słowami Ewangelii. Ma pan w sobie silną wiarę i za to wszyscy pana podziwiają. Nie miał pan momentów załamania? 
Tu nie chodzi o załamanie, ale jeśli chodzi o tę kwestię pożaru, to do końca życia będę żył z pewnym wyrzutem sumienia, bo mam tę świadomość, że choć nie z własnej winy ani nie z zamierzonego celu to się wydarzyło, to mam poczucie niedopełnienia obowiązków i to jest jedna sprawa, a druga kwestia to wiara. Ja nie jestem fanatykiem, słyszę też od ludzi, gdzie był Pan Bóg, jak była wojna i gdzie był, jak umierali tak dobrzy ludzie. Tam był, gdzie był, po prostu to szatańskie siły czasem dochodzą do głosu, tak jak Hiob, jesteśmy testowani cierpieniem. Teraz wierzę inaczej, bo wiem, że moi najbliżsi biorą w pełni udział w tym, w co wierzyliśmy będąc razem. Cieszę się z każdego dnia, kiedy wstaję, bo wiem, że każdy dzień jest bliższy spotkaniu z Bogiem i bliskimi w niebie.

Dlaczego pan ma wyrzuty sumienia? 
Takie mam przeświadczenie, ale nic więcej na ten temat nie mogę powiedzieć. Po prostu, może gdybym był w domu, mógłbym jakoś zareagować. Bardzo mi przykro, że to spotkało moich najbliższych. 

Był pan w pracy. Często pracował pan w nocy? 
W ciągu dnia starałem się zawsze jak najwięcej czasu spędzać z rodziną. Odprowadzałem Agusię do przedszkola, potem miałem czas, żeby zawsze rano z żoną napić się kawy, potem załatwialiśmy jakieś sprawy, zakupy, woziliśmy dzieci do lekarza i jak nie starczało czasu w dzień, to pracowałem w nocy. Wtedy miałem zaległości z jednym zleceniem. Miałem przerwę w pracy, bo kilka tygodni wcześniej nieszczęśliwie obciąłem palce. Pojechałem więc w nocy do warsztatu poza Jastrzębiem, żeby skończyć to zlecenie. Miałem nienormowany czas pracy, ale mając swoją firmę mogliśmy sobie na taki tryb życia pozwolić. 

Słowem, to był normalny dzień, nic nie zapowiadało tragedii? 
Ucałowałem żonę na pożegnanie, posadziłem Agusię na nocniczku i czytałem jej bajki. Na dobranoc mi powiedziała, żebym jej nie przykrywał, bo jej cieplutko… A potem już była identyfikacja. 

Jak się pan dowiedział o pożarze? 
Jak usypiałem Agnieszkę, ściszyłem telefon. W warsztacie jest głośno, nie słyszałem, że telefon wibrował. Jak zauważyłem, że dzwonił do mnie syn o tej porze, oddzwoniłem do niego. Powiedział mi tylko, że mam przyjechać, że on jest w wozie, ale resztę ratują. Już nie pamiętam, czy zamknąłem warsztat. Jechałem, ile fabryka dała. Przyjechałem, to obraz był katastrofalny. Jak zobaczyłem, że idą z nieprzytomnym Marcinkiem, też zasłabłem… 

Kilka dni spędził pan w szpitalu? 
Tak naprawdę już w piątek rano wiedziałem, że wszystkich podtrzymują przy życiu. Lekarz mi powiedział, że żona, Agusia i Marcinek tak naprawdę nie wiedzieli w ogóle, co się stało. Przeszli na lepszy świat we śnie. W szpitalu podpisałem też zgodę na pobranie organów. Dostałem list ze szpitala w Jastrzębiu z podziękowaniem. Wiem, że od żony nerki zostały przeszczepione 52-letniej kobiecie, a od Marcinka nerki uratowały życie 57-letniemu mężczyźnie. 

Interesuje pana to, co dzieje się w śledztwie w sprawie ustalenia przyczyn pożaru? 
Wiadomo, że każdy chciałby wiedzieć, dlaczego do tego doszło, ja też. Wiem, że sprawdzane są różne wątki i do czasu zakończenia dochodzenia trudno o uzyskanie informacji. Jesteśmy na każde zawołanie policji. Wiem, że oni też muszą wykonywać swoją pracę, którą realizują bardzo profesjonalnie.

Według nieoficjalnych informacji, śledztwo prowadzone jest w kierunku ustalenia winnego. Może być tak, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, ale ktoś celowo doprowadził do pożaru? Chyba nie mieli państwo wrogów? 
Jeśli chodzi o najbliższych i sąsiadów, to absolutnie nie. Ani ja, ani mój syn nie mamy z tym pożarem nic wspólnego. Też chciałbym wiedzieć na pewno, czy w tym zdarzeniu nie było osób trzecich. Mój syn uważa, że obudziła go córka Gosia, która była piętro niżej i Justyna, za ścianą. Syn zdążył zamknąć drzwi i wychylić się przez okno, skąd wezwał pomoc. Chciałbym wiedzieć, jakie było ułożenie ciał, czy Justynka i Gosia też próbowały uciekać, choć to już nic nie zmieni. 

Wspomniał pan, że wybiera się nad morze? 
Kiedyś zajmowałem się masażem. Dowiedziałem się, że nad morzem mieszkają dwie siostry z zanikiem mięśni, które potrzebują pomocy. Jadę tam za kilka dni. Przynajmniej będę wśród ludzi i poczuję się potrzebny. Czasem mam wrażenie, że moi orędownicy, których mam teraz w niebie, podsyłają mi różne pomysły, żebym tutaj nie zwariował z tej samotności i tęsknoty. Czuję ich wsparcie z góry. 

Często pan z nimi rozmawia przy grobie… 
Jest mnóstwo sytuacji, kiedy mi pomagają. Ostatnio dowiedziałem się, że mój ojciec jest poważnie chory. I znów poprosiłem: „Jesteście tam blisko Boga, zróbcie coś, bardzo Was proszę”. I stał się chyba jakiś cud, ojciec zdrowieje. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*