Szymon Hołownia: Rzućmy w cholerę wszystko inne, lećmy za Jezusem

Kategorie: Bez kategorii

Szymon Hołownia dziennikarz i publicysta zajmujący się głównie tematyką religijną. Autor licznych książek poświęconych właśnie tej tematyce. Był dyrektorem programowym i autorem programów w TV Religia. Prowadzi także wspólnie z Marcinem Prokopem show „Mam Talent”. „Holyfood”, to tytuł jego nowej książki. Autor proponuje w niej duchową dietę cud, która zmienia życie. Ta rozmowa daje do zrozumienia, że Bóg to nie jest maszynka do spełniania życzeń, choć często nam się tak wydaje.

Na prośbę, publikuję również adresy stron internetowych fundacji, które wspiera Szymon Hołownia. To: fundacja.kasisi.pl i dobrafabryka.pl

hołownia

fot. mamtalent.tvn.pl/Grzegorz Press

Jakie jest pana ulubione danie? Można powiedzieć, że dla katolika rarytasem jest np. komunia święta?
Zaznaczyłem to już na wstępie mojej książki, że jestem raczej marnym kucharzem. Do moich osiągnięć w dziedzinie gastronomii mógłbym zaliczyć ugotowanie wody i to czasem z problemami. Rzeczywiście w katolicyzmie, a jeszcze wyraźniej – w prawosławiu, bardzo wyraźnie widać, że nasza wiara – katolicyzm, mocno angażuje całego człowieka. Chrześcijaństwo jest bardzo zmysłową religią, nie może być inaczej, skoro centralną postacią jest w nim Bóg, który stał się z krwi i kości człowiekiem. Moja wiara nie jest więc jakimś eterycznym piękno-duchowstwem, angażuje też wzrok, dotyk, smak, mnie całego. Proszę zwrócić uwagę, że najważniejszym wydarzeniem w naszej wierze jest uczta. Nie samo jedzenie, ale przede wszystkim spotkanie się ludzi ze sobą, wzajemna troska o to, by się posilili, wzmocnili i ciało i ducha. Nasza msza to przecież pamiątka Wieczerzy Paschalnej, którą Jezus zjadł ze swoimi uczniami, a której wymiar duchowy zbudowany jest na bardzo ludzkim doświadczeniu: to był posiłek ludzi ruszających w drogę.

Na wstępie książki twierdzi pan, że napisanie jej było ryzykiem. Dlaczego?

Nie publikuję w tej książce żadnych ryzykownych treści. Szukam tylko jakiejś ułatwiającej „trawienie” formy. W wielu poprzednich książkach „mędrkowałem”, teraz idę w inną stronę: próbuję jakoś przyciągnąć uwagę ludzi do spraw, które – mam wrażenie – są przez nas pomijane, bo wydaje nam się, że skoro są najprostsze, to mamy je odfajkowane. Uniwersyteckie debaty można toczyć, ale my często nie zaliczyliśmy podstawówki. Piszemy doktorat, zamiast najpierw nauczyć się porządnie oddychać albo właśnie jeść. Pomijamy rzeczy najbardziej zasadnicze, fundamentalne, sam mam do tego skłonność i wciąż walczę z tym, żeby nic nie odwracało mojej uwagi od Najważniejszego.

I właśnie dlatego woła pan: „Zostawmy w cholerę wszystko inne, lećmy za Jezusem”…
A jak mam inaczej to wykrzyczeć? Ja tak mówię, ba – wykrzykuję to na co dzień. Ta książka jest chyba najbardziej osobista z tych, które dotąd napisałem. To krzyk skierowany i do mnie samego. Bo ja naprawdę uważam, że my nie mamy nic innego do roboty, tylko iść za Jezusem. Nie mamy Go zastępować, wcielając się w rolę mesjaszy, którzy zbawią parafię, gminę, państwo czy świat. Nie mamy w Jego imieniu wydawać ludziom wiz do nieba. My mamy całe swoje życie oddać temu, by jak najlepiej Go poznać, by jak najbardziej się do niego zbliżyć, by jak najpełniej otworzyć się na to, co On chce w naszym życiu zrobić. Chrześcijaństwo to nie jest system filozoficzny, ideologia ani organizacja społeczna, to jest relacja żywych ludzi z żywym Bogiem i z sobą nawzajem. Patrząc na wielu moich balansujących na krawędzi Kościoła znajomych, mam wrażenie, że chcą odejść, bo czują, że wymaga się od nich jakichś zachowań, ale nie doświadczyli w nim miłości. Wiedzą wiele o chrześcijaństwie, ale w życiu, mimo wysiłku katechetów i księży, żywego Chrystusa nie spotkali.

Żeby faktycznie ludzie zaczęli koncentrować wiarę na tym, co ważne, powinno się jednak zmienić coś w Kościele.
Roboty jest mnóstwo. Gdy przyjrzeć się wynikom badań podstawowej wiedzy religijnej – mamy dramat. Gdyby na ulicy poprosić ludzi, by powiedzieli kilka słów o Jezusie Chrystusie – będzie dramat, choć o in vitro albo o tym czy innym biskupie chętnie wypowie się każdy. Chrześcijanin ma światu do powiedzenia w zasadzie tylko jedno: „Chrystus zmartwychwstał”, jest nadzieja dla każdego. Wiem, że z tym sądem wielu moich kolegów się nie zgodzi, ale mam w tej sprawie jasno wyrobione zdanie: nasz polski Kościół nie potrzebuje dziś kolejnych, coraz to bardziej wysublimowanych refleksji na temat gender. Potrzebuje elementarnej katechezy, która na powrót uczyni go chrystocentrycznym.

Dochodzimy tu do tego, że bycie katolikiem a bycie katolikiem praktykującym to jednak spora różnica…
Pytanie, co rozumiemy pod pojęciem „katolik praktykujący”. Praktyki religijne to środki, a nie cel sam w sobie. Sama pobożność nie wystarczy, jest pusta, jeśli jest czymś innym niż formą wyrażenia i przeżywania miłości. Ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że pobożność daje ciepło, a wiara daje światło. Wierzącego człowieka poznaje się zaś nie po tym, że ładnie gada o wierze, ale że on żyje jak wierzący człowiek. Jeśli twoja wiara realnie nie zmienia czyjegoś życia na lepsze, jest jałowa.

Pan uparcie rozpowszechnia wiarę. Kiedy panu tak naprawdę zaczęło zależeć na tym, żeby Polacy zmienili swoje podejście do religii?
Nie mam żadnej specjalnej misji. Nie jestem przecież rzecznikiem prasowym, nie mam jakiejś specjalnej misji od Kościoła. Jestem jednym z milionów polskich katolików i dzielę się tym, co we mnie samym kipi, co pracuje we mnie samym. Czy ktoś za tym pójdzie, to już osobna kwestia i nie moja odpowiedzialność. Ja nie chcę nikogo nawracać. Chcę się tylko podzielić swoim doświadczeniem, opowiedzieć, co widziałem i co widzę po drodze, a przy tym przypomnieć ludziom, że Bóg chce im dać szczęśliwe życie. Szczęśliwe już tu, na ziemi. Nie zawsze bez chorób, nie zawsze bogate w pieniądze czy doznania, ale szczęśliwe, pełne, na ile tylko jest to na ziemi możliwe. Dziesiątki moich znajomych mają w głowach obraz Boga – policjanta, księgowego albo posępnego stróża. Chciałbym wysadzić te ich figury w powietrze! Nasz Bóg taki nie jest. Po to też napisałem tę książkę, by ludziom umęczonym swoją wiarą przypomnieć, że Bóg chce dać im nadzieję, a nie powiększyć ich lęk. Że jest prezesem ich fanklubu.

Pisze pan: „Pomagaj, bo jak się okaże, że to jest Bóg, to będzie siara”. Tak się powinno mówić, żeby ludzie coś zrozumieli z religii?
Nie nadaję się na moralizatora. Mówię i piszę takim językiem, jakim się komunikuję z ludźmi, z którymi się spotykam na wykładach, spotkaniach i z przyjaciółmi. Nie widzę powodu, żeby się stroić nagle w język, który nie jest mój. Na szczęście nie ma przymusu czytania Hołowni, każdy może wybrać to, co mu pasuje.

Więc jaki jest przepis na „dietę cud” dla katolika?
Na początku trzeba uwierzyć, że Bóg żyje. Po drugie, że jest dobry. Po trzecie, że Bóg przysięga na samego siebie, że chce, abyśmy byli szczęśliwymi i spełnionymi ludźmi. Jeżeli ktoś, kto stworzył wszechświat i ma wszystko w swoim ręku, przychodzi i ofiaruje człowiekowi partnerską relację i miłość, jak można z czegoś takiego nie skorzystać? W książce zachęcam do tego, by możliwie jak najbardziej tę swoją wiarę uprościć. Proponuję ćwiczenia: na dwa tygodnie zrezygnuj w relacjach z Bogiem i z ludźmi ze słowa „proszę”, w każdej sytuacji zastępując je słowem „dziękuję”. Otwórz się na relację, oducz się mówienia: „martwię się o ciebie”, „przykro mi”, mów: „czy czegoś ci potrzeba?”. Zaczną dziać się cuda. Jeżeli jestem w stanie, dzięki moim darczyńcom, zapłacić 250 osobom rachunki za szpital albo fundować leki i kupić jedzenie naszym 210 dzieciakom chorym na AIDS, to widzę cuda. Pan Bóg ma nasze ręce, oczy i nas, żebyśmy mogli robić cuda w życiu innych ludzi.

A co z chodzeniem do kościoła? Niektórzy chodzą tylko dlatego, że rodzina nakazuje…
Takim ludziom chciałbym powiedzieć, że zachowują się jak ktoś, kto wybrał się z bliską osobą do banku, w którym każdemu przychodzącemu wypłacają od ręki sto milionów dolarów. Proszą cię do okienka, a ty mówisz: „ale ja dziękuję, ja tylko przyszedłem z ciocią”. Bóg to więcej niż bilion dolarów. Człowieku, leć tam, póki możesz! Jak można z tej oferty nie skorzystać?

Dziennik Zachodni, 23 grudnia 2014

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*