Archiwa kategorii: Bez kategorii

W sylwestrowym wydaniu Dziennika Zachodniego podsumowaliśmy rok. Jak było w polityce i sporcie – to wiadomo, a co się działo w show-biznesie? Zapytałam o to dziennikarkę Karolinę Korwin-Piotrowską.

(fot. TVN)

Trzy gorące nazwiska 2014 roku to…
Trzy razy „K”, czyli Komasa, Kulesza, Kwiatkowski.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że najgłośniejszym wydarzeniem minionego roku w polskim show-biznesie była śmierć Anny Przybylskiej i gigantyczny szum medialny wokół tej sprawy. Może ktoś jednak w relacjonowaniu tej sytuacji przesadził?
To było największe wydarzenie? Pogrzeb? Lekka przesada. Zmarła po ciężkiej chorobie młoda kobieta i błagam, nie róbmy z tego wydarzenia. Nie relacjonujmy, dajmy życiu toczyć się dalej. Schowajmy emocje, dla mnie najważniejsi są zawsze ci, którzy zostali i muszą radzić sobie ze stratą. Dla mnie bardziej koszmarne było to, co zrobiono Janowi Jakubowi Kolskiemu po tragicznej śmierci jego córki.

To był też rok narkotykowych afer. Najpierw Dariusz K., potem znany aktor. Myśli pani, że przegrali tym samym swoje kariery?
O jakiej karierze Dariusza K. mówimy? Były mąż znanej piosenkarki, znany głównie z tego, że był z nią na wielu okładkach i z wywiadów, w których ona opowiadała o tym, że ktoś go dla niej wymodlił. Kim Dariusz K. jest poza tym? Zadłużonym narkomanem, który wsiadł za kierownicę samochodu i na pasach, w centrum miasta, zabił człowieka. Żal jego dzieci, bo za nimi będzie się to ciągnąć. To musi być dla nich potworne. Z aktorem Markiem Bukowskim sytuacja jest inna. Informacje wskazują, że podrzucono mu „towar”. To aktor, który ma dorobek. Nikogo nie zabił, nie był pod wpływem narkotyków ani żadnych innych substancji. On sobie poradzi.

Oprócz afer i tragedii było coś w polskim show-biznesie, co zaskoczyło panią w minionym roku pozytywnie?
Zmiana pokoleniowa bardzo widoczna w mediach, w popkulturze. Coraz większa rola internetu, w którym można znaleźć coraz lepsze produkcje. To świetny moment polskiego kina, młodego pokolenia aktorów. Na plus był serial „Wataha”. Z książek: wywiad-rzeka z Krzysztofem Kowalew-skim, książki Doroty Wellman, Prokopa, wywiad z Dyjakiem. Na szczęście spada popularność coraz głupszej prasy kobiecej. Pojawiają się za to nowe inicjatywy i blogi. Ludzie nie chcą już być oszukiwani. Widać wyczulenie polskiego społeczeństwa na fałsz, fotoszop, na operacje plastyczne. Coraz wyraźniejszy staje się podział na celebrytów i artystów. Celebryci grają w kiepskich serialach, robią chałtury na otwarciach centrów handlowych, wystają na ściankach i udzielają kretyńskich wywiadów. Artysta w tym czasie pracuje, zwykle na planie dobrego serialu, filmu, w teatrze, w studiu nagraniowym.

Dzięki tym drugim mamy nominację do Złotych Globów. To najważniejsze wydarzenie filmowe minionego roku. Czy jeszcze jakiś film wyprodukowany w ostatnich miesiącach warto zapamiętać?
„Pod Mocnym Aniołem”, „Jack Strong”, „Bogowie”, „Serce serduszko”, „Jeziorak”, „Miasto 44”, „Stacja Warszawa” i bardzo ciekawy film „Hardkor disco”. Dla Janusza Chabiora warto zobaczyć też „Służby specjalne”.

Gdyby pani książka „Ćwiartka raz” mogła zostać zaktualizowana o 2014 rok, o czym wspomniałaby pani na pewno w rozdziale „2014”?
O superformie polskiego kina, o „Mieście 44” – o tym napisałabym na pewno sporo; o nowych płytach Meli Koteluk, Macieja Maleńczuka, Skubasa, Kamp!, Dawida Podsiadły, Dr Misio, Justyny Steczkowskiej; o Dawidzie Kwiatkowskim i Saszan – gwiazdach z internetu; o gasnącej modzie na modowe blogerki i żenujących książkach wciskanych przez nie ludziom, kiedy to samo, o czym „napisały”, jest dostępne za darmo w internecie; o książkach Miłoszewskiego, Bondy, Grzegorzewskiej – bardzo dobrej literaturze popularnej; o skandalu z nagrodą Nike, która ujawniła kulisy tego, jak w Polsce mogą być przyznawane nagrody; o lansie Miss Gizzy; o końcu talent shows i modzie na szukanie miłości w programach telewizyjnych; o świetnych recenzjach Magdaleny Cieleckiej w Nowym Jorku; o zabawnych filmikach Ady Fijał; o fenomenie wróżbity Macieja; o genialnej książce o Beksińskich, biografii Anny Dymnej i fenomenalnej antologii reportażu pod redakcją Mariusza Szczygła; o aferze z Nergalem i Czubaszek w reklamie Empiku; o ogromnej roli mediów społecznościowych w reklamowaniu siebie i swojej pracy i komunikacji gwiazd z fanami. Nie zapomniałabym też o skandalach z niejaką Rafalalą, mamą aktorki Aleksandry Kisio, Dodą czy niezawodną Iloną Felicjańską; o wygranej czarnoskórej Osi w „Top Model”– to nie mogłoby się wydarzyć jeszcze kilka lat temu.

Kiedyś też trudno byłoby sobie wyobrazić, że ktoś śpiewa publicznie „Nienawidzę Cię Polsko”. A teraz najpierw Maria Peszek, a w tym roku Czesław Mozil szokuje takim utworem…
Artysta ma prawo do wypowiedzi. Peszek i Mozil nagrali bardzo ciekawe piosenki, płyty. To piosenki z mądrym, emocjonalnym tekstem, które są wyrazem tego, co czują, co jest oparte na ich przeżyciach. To nie musi się podobać wszystkim, ma wzbudzać myślenie, ma prowokować do rozmowy i dyskusji. To się udało. Nie wylewają tylko żali na ojczyznę, mają prawo do subiektywnych wypowiedzi i to robią. Zawsze będę broniła takich postaw. Jeśli ktoś rozumie te piosenki wprost, to jego problem, sztuka nie jest najwidoczniej dla każdego.

W najnowszej książce opisała pani, jak zmieniały się polskie media przez ostatnich 25 lat. Patrząc na to wszystko, możemy powiedzieć, że media idą ku lepszemu?
Polski internet to coraz więcej ciekawych produkcji, głównie vlogowych – są robione na coraz lepszym poziomie, bardzo dobrze montowane, np. „Z Dupy”, „20 m2 Łukasza” czy „Abstrahuje”. Poraża mnie „jakość” portali plotkarskich – kiedyś bywały zabawne, dzisiaj coraz częściej sięgają mentalnego dna. Że są kłamliwe, to mało powiedziane, tam poziom manipulacji sięga zenitu – sama czytałam „newsy” o sobie zrobione z trzech różnych artykułów, z trzech gazet, na przestrzeni… dwóch lat. Do tego są straszliwie pisane, bez jakiejkolwiek znajomości polskiej gramatyki, stylistyki, interpunkcji – to przerażające, że ktoś to puszcza w świat, a my w to klikamy i nasiąkamy trucizną. Poziom polskich portali jest słaby, ale na szczęście się poprawia. Osobnym zjawiskiem są blogi kulinarne na wysokim poziomie. Na pewno zmienia się telewizja, która stara się być bliżej widza, to wymógł rynek. Wzrasta też rola mediów społecznościowych, to realna, ogromna siła na rynku.

Spytam jeszcze o artystów pochodzących ze Śląska. Bohosiewicz, Dziędziel, Dereszowska, Baar, Walach. Dla nich był to udany rok?
Rok przejściowy, bez wielkich osiągnięć. Dla pań z tego zestawu bardziej spędzony na sesjach dla magazynów i na ściankach. Dziędziel to klasa sama w sobie, mam ogromną słabość do niego jako do aktora.

Czego powinniśmy się spodziewać w 2015 roku. O kim będzie głośno?
To może być kolejny świetny rok kina – zacznie się „Hiszpanką”, w której zagrał Jakub Gierszał. Potem „Ziarno prawdy” – adaptacja prozy Miłoszewskiego; film „Carte blanche” z Andrzejem Chyrą, „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, nowy film Małgorzaty Szumowskiej z Januszem Gajosem i Mają Ostaszewską pt. „The Body”, film „Disco polo”, który opowie o naiwnych latach 90. i modzie na disco polo w Polsce. Czekam na serial „Krew z krwi” w reżyserii Jana Komasy z Agatą Kuleszą w roli głównej. Na jesieni wydam książkę o filmach. Będzie się dziać na pewno. To będzie bardzo ciekawy rok.

Szymon Hołownia dziennikarz i publicysta zajmujący się głównie tematyką religijną. Autor licznych książek poświęconych właśnie tej tematyce. Był dyrektorem programowym i autorem programów w TV Religia. Prowadzi także wspólnie z Marcinem Prokopem show „Mam Talent”. „Holyfood”, to tytuł jego nowej książki. Autor proponuje w niej duchową dietę cud, która zmienia życie. Ta rozmowa daje do zrozumienia, że Bóg to nie jest maszynka do spełniania życzeń, choć często nam się tak wydaje.

Na prośbę, publikuję również adresy stron internetowych fundacji, które wspiera Szymon Hołownia. To: fundacja.kasisi.pl i dobrafabryka.pl

hołownia

fot. mamtalent.tvn.pl/Grzegorz Press

Jakie jest pana ulubione danie? Można powiedzieć, że dla katolika rarytasem jest np. komunia święta?
Zaznaczyłem to już na wstępie mojej książki, że jestem raczej marnym kucharzem. Do moich osiągnięć w dziedzinie gastronomii mógłbym zaliczyć ugotowanie wody i to czasem z problemami. Rzeczywiście w katolicyzmie, a jeszcze wyraźniej – w prawosławiu, bardzo wyraźnie widać, że nasza wiara – katolicyzm, mocno angażuje całego człowieka. Chrześcijaństwo jest bardzo zmysłową religią, nie może być inaczej, skoro centralną postacią jest w nim Bóg, który stał się z krwi i kości człowiekiem. Moja wiara nie jest więc jakimś eterycznym piękno-duchowstwem, angażuje też wzrok, dotyk, smak, mnie całego. Proszę zwrócić uwagę, że najważniejszym wydarzeniem w naszej wierze jest uczta. Nie samo jedzenie, ale przede wszystkim spotkanie się ludzi ze sobą, wzajemna troska o to, by się posilili, wzmocnili i ciało i ducha. Nasza msza to przecież pamiątka Wieczerzy Paschalnej, którą Jezus zjadł ze swoimi uczniami, a której wymiar duchowy zbudowany jest na bardzo ludzkim doświadczeniu: to był posiłek ludzi ruszających w drogę.

Na wstępie książki twierdzi pan, że napisanie jej było ryzykiem. Dlaczego?

Nie publikuję w tej książce żadnych ryzykownych treści. Szukam tylko jakiejś ułatwiającej „trawienie” formy. W wielu poprzednich książkach „mędrkowałem”, teraz idę w inną stronę: próbuję jakoś przyciągnąć uwagę ludzi do spraw, które – mam wrażenie – są przez nas pomijane, bo wydaje nam się, że skoro są najprostsze, to mamy je odfajkowane. Uniwersyteckie debaty można toczyć, ale my często nie zaliczyliśmy podstawówki. Piszemy doktorat, zamiast najpierw nauczyć się porządnie oddychać albo właśnie jeść. Pomijamy rzeczy najbardziej zasadnicze, fundamentalne, sam mam do tego skłonność i wciąż walczę z tym, żeby nic nie odwracało mojej uwagi od Najważniejszego.

I właśnie dlatego woła pan: „Zostawmy w cholerę wszystko inne, lećmy za Jezusem”…
A jak mam inaczej to wykrzyczeć? Ja tak mówię, ba – wykrzykuję to na co dzień. Ta książka jest chyba najbardziej osobista z tych, które dotąd napisałem. To krzyk skierowany i do mnie samego. Bo ja naprawdę uważam, że my nie mamy nic innego do roboty, tylko iść za Jezusem. Nie mamy Go zastępować, wcielając się w rolę mesjaszy, którzy zbawią parafię, gminę, państwo czy świat. Nie mamy w Jego imieniu wydawać ludziom wiz do nieba. My mamy całe swoje życie oddać temu, by jak najlepiej Go poznać, by jak najbardziej się do niego zbliżyć, by jak najpełniej otworzyć się na to, co On chce w naszym życiu zrobić. Chrześcijaństwo to nie jest system filozoficzny, ideologia ani organizacja społeczna, to jest relacja żywych ludzi z żywym Bogiem i z sobą nawzajem. Patrząc na wielu moich balansujących na krawędzi Kościoła znajomych, mam wrażenie, że chcą odejść, bo czują, że wymaga się od nich jakichś zachowań, ale nie doświadczyli w nim miłości. Wiedzą wiele o chrześcijaństwie, ale w życiu, mimo wysiłku katechetów i księży, żywego Chrystusa nie spotkali.

Żeby faktycznie ludzie zaczęli koncentrować wiarę na tym, co ważne, powinno się jednak zmienić coś w Kościele.
Roboty jest mnóstwo. Gdy przyjrzeć się wynikom badań podstawowej wiedzy religijnej – mamy dramat. Gdyby na ulicy poprosić ludzi, by powiedzieli kilka słów o Jezusie Chrystusie – będzie dramat, choć o in vitro albo o tym czy innym biskupie chętnie wypowie się każdy. Chrześcijanin ma światu do powiedzenia w zasadzie tylko jedno: „Chrystus zmartwychwstał”, jest nadzieja dla każdego. Wiem, że z tym sądem wielu moich kolegów się nie zgodzi, ale mam w tej sprawie jasno wyrobione zdanie: nasz polski Kościół nie potrzebuje dziś kolejnych, coraz to bardziej wysublimowanych refleksji na temat gender. Potrzebuje elementarnej katechezy, która na powrót uczyni go chrystocentrycznym.

Dochodzimy tu do tego, że bycie katolikiem a bycie katolikiem praktykującym to jednak spora różnica…
Pytanie, co rozumiemy pod pojęciem „katolik praktykujący”. Praktyki religijne to środki, a nie cel sam w sobie. Sama pobożność nie wystarczy, jest pusta, jeśli jest czymś innym niż formą wyrażenia i przeżywania miłości. Ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że pobożność daje ciepło, a wiara daje światło. Wierzącego człowieka poznaje się zaś nie po tym, że ładnie gada o wierze, ale że on żyje jak wierzący człowiek. Jeśli twoja wiara realnie nie zmienia czyjegoś życia na lepsze, jest jałowa.

Pan uparcie rozpowszechnia wiarę. Kiedy panu tak naprawdę zaczęło zależeć na tym, żeby Polacy zmienili swoje podejście do religii?
Nie mam żadnej specjalnej misji. Nie jestem przecież rzecznikiem prasowym, nie mam jakiejś specjalnej misji od Kościoła. Jestem jednym z milionów polskich katolików i dzielę się tym, co we mnie samym kipi, co pracuje we mnie samym. Czy ktoś za tym pójdzie, to już osobna kwestia i nie moja odpowiedzialność. Ja nie chcę nikogo nawracać. Chcę się tylko podzielić swoim doświadczeniem, opowiedzieć, co widziałem i co widzę po drodze, a przy tym przypomnieć ludziom, że Bóg chce im dać szczęśliwe życie. Szczęśliwe już tu, na ziemi. Nie zawsze bez chorób, nie zawsze bogate w pieniądze czy doznania, ale szczęśliwe, pełne, na ile tylko jest to na ziemi możliwe. Dziesiątki moich znajomych mają w głowach obraz Boga – policjanta, księgowego albo posępnego stróża. Chciałbym wysadzić te ich figury w powietrze! Nasz Bóg taki nie jest. Po to też napisałem tę książkę, by ludziom umęczonym swoją wiarą przypomnieć, że Bóg chce dać im nadzieję, a nie powiększyć ich lęk. Że jest prezesem ich fanklubu.

Pisze pan: „Pomagaj, bo jak się okaże, że to jest Bóg, to będzie siara”. Tak się powinno mówić, żeby ludzie coś zrozumieli z religii?
Nie nadaję się na moralizatora. Mówię i piszę takim językiem, jakim się komunikuję z ludźmi, z którymi się spotykam na wykładach, spotkaniach i z przyjaciółmi. Nie widzę powodu, żeby się stroić nagle w język, który nie jest mój. Na szczęście nie ma przymusu czytania Hołowni, każdy może wybrać to, co mu pasuje.

Więc jaki jest przepis na „dietę cud” dla katolika?
Na początku trzeba uwierzyć, że Bóg żyje. Po drugie, że jest dobry. Po trzecie, że Bóg przysięga na samego siebie, że chce, abyśmy byli szczęśliwymi i spełnionymi ludźmi. Jeżeli ktoś, kto stworzył wszechświat i ma wszystko w swoim ręku, przychodzi i ofiaruje człowiekowi partnerską relację i miłość, jak można z czegoś takiego nie skorzystać? W książce zachęcam do tego, by możliwie jak najbardziej tę swoją wiarę uprościć. Proponuję ćwiczenia: na dwa tygodnie zrezygnuj w relacjach z Bogiem i z ludźmi ze słowa „proszę”, w każdej sytuacji zastępując je słowem „dziękuję”. Otwórz się na relację, oducz się mówienia: „martwię się o ciebie”, „przykro mi”, mów: „czy czegoś ci potrzeba?”. Zaczną dziać się cuda. Jeżeli jestem w stanie, dzięki moim darczyńcom, zapłacić 250 osobom rachunki za szpital albo fundować leki i kupić jedzenie naszym 210 dzieciakom chorym na AIDS, to widzę cuda. Pan Bóg ma nasze ręce, oczy i nas, żebyśmy mogli robić cuda w życiu innych ludzi.

A co z chodzeniem do kościoła? Niektórzy chodzą tylko dlatego, że rodzina nakazuje…
Takim ludziom chciałbym powiedzieć, że zachowują się jak ktoś, kto wybrał się z bliską osobą do banku, w którym każdemu przychodzącemu wypłacają od ręki sto milionów dolarów. Proszą cię do okienka, a ty mówisz: „ale ja dziękuję, ja tylko przyszedłem z ciocią”. Bóg to więcej niż bilion dolarów. Człowieku, leć tam, póki możesz! Jak można z tej oferty nie skorzystać?

Dziennik Zachodni, 23 grudnia 2014

 

Dariusz P. jest podejrzany o zabójstwo swojej 5-osobowej rodziny poprzez celowe spowodowanie pożaru domu przy ul. Ździebły w Jastrzębiu. Do tragedii doszło w maju ubiegłego roku. Do tej pory, mężczyzna podejrzany o tą makabryczną zbrodnię nie przyznał się do winy. W marcu został aresztowany, a gliwicka prokuratura postawiła mu zarzuty. Dariusz P. przyznał się jedynie do utrudniania śledztwa w tej sprawie. Przez dwa miesiące mężczyzna przebywał na obserwacji psychiatrycznej. Według nieoficjalnych doniesień ujawnionych przez reporterów UWAGI, został uznany za poczytalnego i stanie przed sądem. Gliwicka prokuratura, na razie nie potwierdza tych informacji. – Wciąż nie otrzymaliśmy opinii psychiatrycznej w tej sprawie – usłyszeliśmy w prokuraturze. Zanim poznamy ostateczną decyzję biegłych, przypomnijmy sobie wywiad, którego Dariusz P. udzielił nam dwa miesiące po tragedii. Zapewniał w nim, że nie ma nic wspólnego z pożarem.

SAMSUNG

Rozmowa opublikowana w Dzienniku Zachodnim 4 lipca 2014 r.

Za kilka dni miną dwa miesiące od tragedii, która się wydarzyła w pana domu. Jak pan sobie teraz radzi? 
Zależy jak na to wszystko spojrzeć. Pod względem życia rodzinnego, nadal jest ciężko. Mój psycholog, z którym bardzo dużo rozmawiam na różne tematy, mówi mi, że nadal chyba jeszcze nie do końca wyszedłem z szoku i chyba to wszystko do mnie nie dociera. Ciężko jest pod względem osobistym, bo oczywiście cieszę się, że mam syna już prawie dorosłego i cieszę się, że chociaż on przeżył, ale strata pozostałej piątki jest tak ogromna. Cisza, która zapanowała jest nie do zniesienia. Zrobiłem im grobowiec, posadziłem obok niego kilka drzew z naszego ogrodu. Niedawno Justyna miałaby osiemnastkę, więc postawiłem jej na grobie 18 zniczy w kształcie serca, a w środek wstawiłem jej zdjęcie. 5 lipca byłyby 4. urodziny Agusi, a później nasza rocznica ślubu. Muszę to jakoś przeżyć.

Dlatego ma pan czasem wrażenie, że oni jeszcze wrócą? 

Trudno mi to wytłumaczyć. Czasem jadę koło 14 do naszego domu i czekam w ogrodzie na żonę, która z Agusią wróci z przedszkola. Choć wiem, że one już nie wrócą, że to koniec…

A co z synem Wojtkiem, który ocalał w pożarze? 
Dużo rozmawialiśmy i nadal rozmawiamy, choć w tej chwili przebywa na rekolekcjach. Z pewnością go to wzmocni pod względem wiary. Wojtek wrócił tydzień po tragedii do szkoły w Oświęcimiu, gdzie mieszka w internacie. Ma tam wspaniałego wychowawcę. Stwierdziliśmy z synem, że skoro zostaliśmy, to znaczy, że mamy jeszcze do zrobienia wiele wartościowego, więc musimy się wzajemnie wspierać. 

Wrócił pan do pracy? 
Cały czas przebywam na zwolnieniu lekarskim. Nie bardzo wiem, w którą stronę mam teraz iść, jaki mam cel w życiu. O powrocie do życia zawodowego chyba też nie ma, póki co, mowy, bo to, co kiedyś robiłem kilka dni, dziś zajmuje mi miesiąc. Poza tym zawód stolarza wymaga precyzji i koncentracji, a o tym na razie nie ma mowy. 

Odebrał pan właśnie klucze do nowego mieszkania, to znaczy, że do starego domu nie chce pan wrócić? 
Czasem jeżdżę do domu skosić trawę. Nie chcę zaniedbać ogrodu, o który żona tak bardzo dbała i tak pięknie go urządziła, ale nie potrafię tam być za długo, bo ta tęsknota wraca ze zdwojoną siłą. Nie wykluczam, że może kiedyś tam wrócę. Szkoda, że to wszystko teraz stoi puste. Najmłodszej córce, jako tato-stolarz zrobiłem taki domek drewniany przy piaskownicy i się marnuje. Teraz muszę się skupić na urządzeniu nowego mieszkania, ale przychodzi mi to z trudem, bo czuję się tak, jakby mi ktoś głowę zamienił, nie potrafię się na tym skoncentrować, choć wiem, że jest to istotne, bo przecież potrzebuję mebli, kuchni i innych rzeczy. Jak już miałem nóż na gardle, to w końcu zamówiłem potrzebny materiał, ale nie wiem, czy będzie pasował. 

Zabierze pan z domu jakieś rzeczy? 
Na pewno zdjęcia, których mieliśmy chyba z trzydzieści w kuchni. Żona je wieszała w takim specjalnym kąciku. Na jednym z nich Agusia siedzi w foteliku z kaczorkiem, z wycieczki w zoo. Wezmę też książki, które ocalały.

W liście, którym pożegnał się pan z rodziną na pogrzebie, tłumaczył pan sobie tę tragedię słowami Ewangelii. Ma pan w sobie silną wiarę i za to wszyscy pana podziwiają. Nie miał pan momentów załamania? 
Tu nie chodzi o załamanie, ale jeśli chodzi o tę kwestię pożaru, to do końca życia będę żył z pewnym wyrzutem sumienia, bo mam tę świadomość, że choć nie z własnej winy ani nie z zamierzonego celu to się wydarzyło, to mam poczucie niedopełnienia obowiązków i to jest jedna sprawa, a druga kwestia to wiara. Ja nie jestem fanatykiem, słyszę też od ludzi, gdzie był Pan Bóg, jak była wojna i gdzie był, jak umierali tak dobrzy ludzie. Tam był, gdzie był, po prostu to szatańskie siły czasem dochodzą do głosu, tak jak Hiob, jesteśmy testowani cierpieniem. Teraz wierzę inaczej, bo wiem, że moi najbliżsi biorą w pełni udział w tym, w co wierzyliśmy będąc razem. Cieszę się z każdego dnia, kiedy wstaję, bo wiem, że każdy dzień jest bliższy spotkaniu z Bogiem i bliskimi w niebie.

Dlaczego pan ma wyrzuty sumienia? 
Takie mam przeświadczenie, ale nic więcej na ten temat nie mogę powiedzieć. Po prostu, może gdybym był w domu, mógłbym jakoś zareagować. Bardzo mi przykro, że to spotkało moich najbliższych. 

Był pan w pracy. Często pracował pan w nocy? 
W ciągu dnia starałem się zawsze jak najwięcej czasu spędzać z rodziną. Odprowadzałem Agusię do przedszkola, potem miałem czas, żeby zawsze rano z żoną napić się kawy, potem załatwialiśmy jakieś sprawy, zakupy, woziliśmy dzieci do lekarza i jak nie starczało czasu w dzień, to pracowałem w nocy. Wtedy miałem zaległości z jednym zleceniem. Miałem przerwę w pracy, bo kilka tygodni wcześniej nieszczęśliwie obciąłem palce. Pojechałem więc w nocy do warsztatu poza Jastrzębiem, żeby skończyć to zlecenie. Miałem nienormowany czas pracy, ale mając swoją firmę mogliśmy sobie na taki tryb życia pozwolić. 

Słowem, to był normalny dzień, nic nie zapowiadało tragedii? 
Ucałowałem żonę na pożegnanie, posadziłem Agusię na nocniczku i czytałem jej bajki. Na dobranoc mi powiedziała, żebym jej nie przykrywał, bo jej cieplutko… A potem już była identyfikacja. 

Jak się pan dowiedział o pożarze? 
Jak usypiałem Agnieszkę, ściszyłem telefon. W warsztacie jest głośno, nie słyszałem, że telefon wibrował. Jak zauważyłem, że dzwonił do mnie syn o tej porze, oddzwoniłem do niego. Powiedział mi tylko, że mam przyjechać, że on jest w wozie, ale resztę ratują. Już nie pamiętam, czy zamknąłem warsztat. Jechałem, ile fabryka dała. Przyjechałem, to obraz był katastrofalny. Jak zobaczyłem, że idą z nieprzytomnym Marcinkiem, też zasłabłem… 

Kilka dni spędził pan w szpitalu? 
Tak naprawdę już w piątek rano wiedziałem, że wszystkich podtrzymują przy życiu. Lekarz mi powiedział, że żona, Agusia i Marcinek tak naprawdę nie wiedzieli w ogóle, co się stało. Przeszli na lepszy świat we śnie. W szpitalu podpisałem też zgodę na pobranie organów. Dostałem list ze szpitala w Jastrzębiu z podziękowaniem. Wiem, że od żony nerki zostały przeszczepione 52-letniej kobiecie, a od Marcinka nerki uratowały życie 57-letniemu mężczyźnie. 

Interesuje pana to, co dzieje się w śledztwie w sprawie ustalenia przyczyn pożaru? 
Wiadomo, że każdy chciałby wiedzieć, dlaczego do tego doszło, ja też. Wiem, że sprawdzane są różne wątki i do czasu zakończenia dochodzenia trudno o uzyskanie informacji. Jesteśmy na każde zawołanie policji. Wiem, że oni też muszą wykonywać swoją pracę, którą realizują bardzo profesjonalnie.

Według nieoficjalnych informacji, śledztwo prowadzone jest w kierunku ustalenia winnego. Może być tak, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, ale ktoś celowo doprowadził do pożaru? Chyba nie mieli państwo wrogów? 
Jeśli chodzi o najbliższych i sąsiadów, to absolutnie nie. Ani ja, ani mój syn nie mamy z tym pożarem nic wspólnego. Też chciałbym wiedzieć na pewno, czy w tym zdarzeniu nie było osób trzecich. Mój syn uważa, że obudziła go córka Gosia, która była piętro niżej i Justyna, za ścianą. Syn zdążył zamknąć drzwi i wychylić się przez okno, skąd wezwał pomoc. Chciałbym wiedzieć, jakie było ułożenie ciał, czy Justynka i Gosia też próbowały uciekać, choć to już nic nie zmieni. 

Wspomniał pan, że wybiera się nad morze? 
Kiedyś zajmowałem się masażem. Dowiedziałem się, że nad morzem mieszkają dwie siostry z zanikiem mięśni, które potrzebują pomocy. Jadę tam za kilka dni. Przynajmniej będę wśród ludzi i poczuję się potrzebny. Czasem mam wrażenie, że moi orędownicy, których mam teraz w niebie, podsyłają mi różne pomysły, żebym tutaj nie zwariował z tej samotności i tęsknoty. Czuję ich wsparcie z góry. 

Często pan z nimi rozmawia przy grobie… 
Jest mnóstwo sytuacji, kiedy mi pomagają. Ostatnio dowiedziałem się, że mój ojciec jest poważnie chory. I znów poprosiłem: „Jesteście tam blisko Boga, zróbcie coś, bardzo Was proszę”. I stał się chyba jakiś cud, ojciec zdrowieje. 

Ks. Wojciech Grzesiak z Jastrzębia wywołał burzę swoją wypowiedzią o celibacie. „Przykładny ksiądz, ojciec i mąż. Czy może być coś bardziej chrześcijańskiego?” – napisał na swoim FB kapelan z Jastrzębia. To nie była łatwa rozmowa. Za głośne wyrażanie swoich kontrowersyjnych nieco poglądów, księdza mogą czekać przykre konsekwencje. Mimo wszystko, ks. Grzesiak zgodził się porozmawiać z Dziennikiem Zachodnim i przedstawić swoje zdanie na temat zniesienia celibatu.

IMG_4193

„Moim skromnym zdaniem wiele tragedii pedofilskich, homoseksualnych zachowań kapłanów rozwiązałby „rozwiązanie” obowiązku zachowania celibatu. Przykładny ksiądz, ojciec i mąż… Czy może być coś bardziej chrześcijańskiego”? – ten wpis w internecie wywołał burzę. Podtrzymuje ksiądz te słowa?
Kościół to miejsce, w którym jest możliwa dyskusja i uważam, że najgorszą rzeczą w Kościele jest właśnie niedopuszczanie do dyskusji. A jeśli ktoś taką dyskusję rozpoczyna, to nie znaczy, że od razu coś będzie zmieniał. Znamy przecież sprawę synodu rzymskiego o rodzinie, gdzie kardynał Schonborn czy Kasper (to przecież wielcy ludzie Kościoła), rozpoczęli oficjalną dyskusję na temat homoseksualistów i związków niesakramentalnych. I jeśli kardynał Schonborn mówi o jakimś otwarciu Kościoła na homoseksualistów, to nie znaczy, że sam od razu nim jest. Tak samo, jak księża, którzy podejmują dyskusję o celibacie, nie zmieniają przecież stanu faktycznego.

Ale to od razu budzi podejrzenia. Skoro ksiądz mówi o tym, że duchowni mogliby mieć rodzinę, to rodzi się pytanie, czy ksiądz sobie wyobraża mieć rodzinę i sprawować jednocześnie obowiązki księdza?
Z Rzymem związani są grekokatolicy. Miałem na roku dwóch grekokatolików, którzy z nami skończyli 6-letnie seminarium, pojechali na Ukrainę i do Austrii, założyli rodzinę i są księżmi obrządku wschodniego. Nawet jak się uczyłem w seminarium to powtarzano mi, że sakrament kapłaństwa i małżeństwa się nie wyklucza. My jesteśmy nauczeni, że należy wybrać, albo kapłaństwo albo małżeństwo. Musimy wziąć pod uwagę, że celibat wprowadzono w XII wieku (w Polsce obowiązuje od 1197 roku). Jedenaście wieków temu nie było celibatu.

Cały wywiad z ks. Wojciechem Grzesiakiem znajdziecie w tygodniku Śląsk Plus: 

http://www.slaskplus.pl/artykul/3651424,ksiadz-ojciec-i-maz-w-jednym-czy-celibat-jest-potrzebny-posluchaj,id,t.html

Jak zagrać kobietę w wieku swojej matki i dlaczego PRL nie był taki zły – powiedziała mi Sonia Bohosiewicz, pochodząca ze Śląska aktorka, która wcieliła się w jedną z głównych ról w filmie Jerzego Stuhra „Obywatel”. Widziałam film i szczerze przyznam, że to nie Stuhrowie, ale właśnie Sonia Bohosiewicz zagrała w nim najlepiej. W roli baby z charakterkiem wcieliła się doskonale.

sonia w filmie

W „Obywatelu” gra pani kobietę raz młodszą, raz starszą od siebie. To chyba wyzwanie dla aktorki, żeby się postarzeć i wyglądać jak swoja matka albo babcia?
Byłam zachwycona, jak zobaczyłam scenariusz, bo okazało się, że moja rola jest bardzo rozpięta w czasie, co powoduje różne perypetie. Grana przeze mnie postać Renaty Zgółki ma w sobie niejedną tajemnicę. Oprócz tego, że za młodu jest inna i na starość jest inna, to jeszcze z wiekiem staje się zacietrzewiona. Na początku widziałam, że pan Jerzy Stuhr do roli matki głównego bohatera, w którego sam się po części wcielił, dobrał sobie trzy aktorki, które na różnych etapach miały odgrywać rolę jego mamy. Myślałam w takim razie, że ja też dostaną jakąś aktorkę do pomocy, która być może zagra młodszą albo starszą panią Renatę. Nagle, po rozmowie, okazało się, że żadnej pomocy nie będzie i że sama mogę zagrać moją bohaterkę od początku do końca, czyli jako pannę na wydaniu w wieku lat dwudziestu paru, a potem niemiłą staruszkę.

Poradziła sobie pani…
Wszystko jest kwestią wyobraźni, więc nie miałam problemu grać osoby starszej czy młodszej. Wydaje mi się nawet, że trudniej jest grać kogoś młodszego niż się jest, bo niełatwo jest odmłodzić twarz. W przeciwną stronę, postarzyć kobietę, jest dużo łatwiej. To jeśli chodzi o wygląd, ale mentalnie młodszą, naiwną i z jaśniejszym głosem kobietę jest zagrać łatwiej, aczkolwiek dużo większą zabawą jest zagrać kobietę starą, zgorzkniałą, z lekko chrypowatym głosem i innego rodzaju chodem. Strasznie jestem panu Jerzemu Stuhrowi wdzięczna, że pozwolił mi zagrać rolę żony w tym filmie od początku do końca.

Żeby dobrze wcielić się w rolę starszej kobiety, podglądała pani kogoś ze starszych znajomych, może mamę?
Moja mama by się bardzo obraziła, gdyby się okazało, że podglądałam do tej roli akurat ją, bo moja mama jest naprawdę sympatyczną osobą, a pani Zgółka, moja bohaterka, jest na starość bardzo niemiłą i zacietrzewioną osobą. Specjalnie nie musiałam obserwować jakichś konkretnych osób, żeby się przygotować do tej roli. Wystarczyło, że przypomniało mi się od około 15 do 25 „pań Zgółek” w wieku 60 lat, które spotkałam na swojej drodze w przeróżnych miejscach, a to na poczcie, a to w kasie, a to na ulicy albo w urzędzie. Niestety, takich pań, z krótką fryzurą, trwałą ondulacją w kolorze oberżyny i w bardzo niedobrze dopasowanych garsonkach jest dość dużo, więc z tej całej galerii „Zgółek” stworzyłam moją Renatę Zgółkę, którą, mam nadzieję, nigdy się nie stanę.

To bardzo wyrazista postać. Pani w tym filmie używa bardzo „soczystych” słów…
Ależ skąd, tylko raz mówię „Ty ch…”. Zresztą pan reżyser bardzo pilnował, żebym to słowo powtórzyła dokładnie tyle razy, ile on napisał w scenariuszu. Przy pierwszych dwóch podejściach do tej sceny wypowiedziałam to słowo więcej razy i on się strasznie ze mnie śmiał i mówił: „Nie, nie, nie, w tekście są tylko cztery powtórzenia”.

W życiu też się pani czasem tak zdarza, #że trzeba użyć ostrych słów?
Ja pracuję na słowie, więc słowo nie jest mi straszne. Słowo jest dla mnie nośnikiem emocji i energii i tak, jak w życiu staram się oczywiście nie obrażać nikogo i staram się być człowiekiem, który jest rozsądny, elegancki, taktowny i kulturalny, to w pracy brzydkie słowa są najczęściej używanym przekaźnikiem emocji przy tłumaczeniu czegokolwiek. I to nie jest jakiś rodzaj naszego chamstwa, jakie ze sobą niesiemy, tylko słowo „k…” ma swoją soczystość i ono ma swoją wyrazistość i energię. Bardzo często, kiedy aktorowi się coś tłumaczy, na planach i w teatrze, to słowo naprawdę święci triumf.

Oprócz ostrych słów w filmie możemy też usłyszeć relacje radiowe z ważnych dla Polski momentów, jak wybór Karola Wojtyły na papieża. Pani pamięta te momenty?
Nie pamiętam, byłam wtedy dzieckiem. Mnie te wszystkie ważne momenty, które jednoczyły Polaków, jak mistrzostwa świata w piłce nożnej, Polak na fotelu papieskim czy wygrana w konkursie chopinowskim chyba nie dotknęły. Widziałam na seansach filmowych, że ludzie widząc to wspominają i niesamowicie się wzruszają, bo w takich chwilach się jednoczyli, niezależnie od tego, w jakiej kondycji politycznej był wtedy kraj. Ja to pamiętam jako dziecko, kiedy siedzę między rodzicami na kanapie, na podłodze czy na dywanie bawiąc się klockami. Nagle oni wyskakują do góry i krzyczą, i się cieszą. Pamiętam taki moment, ale z jakiego powodu się cieszyli – nie wiem, mogę przypuszczać, że jeśli wtedy były po-otwierane wszystkie okna i na zewnątrz też było słychać krzyki, to musiały być pamiętne mistrzostwa świata w piłce nożnej.

A pamięta pani, jak rano do domów przynoszono świeże mleko?
Oj, pamiętam. I właśnie mój rocznik i ci trochę starsi ode mnie oglądają „Obywatela” z niesamowitym rozrzewnieniem. Nie chodzi tu tylko o te butelki z mleka, które miały srebrną zatyczkę, jak było mleko półtłuste i złoty celofanik, jak było tłuste, ale też ten szczęk butelek rano, który budził nas, kiedy jeszcze leżeliśmy w łóżku. Pamiętam nawet kształt butelki z oranżadą, radia, szafek. To wszystko jest zapisane w naszej pamięci i nas rozczula niezależnie od tego, czy te czasy były straszne, bo było biednie, i tu nie ma o czym mówić. Ale dla mnie, w PRL-u słońce świeciło mocniej, jaśniej i cieplej. Ja byłam wtedy dzieckiem, biegałam z kluczem na szyi i bawiłam się przed blokiem z moimi przyjaciółmi w trzy cegły i chowanego.

To było jeszcze gdy mieszkała pani na Śląsku?
W Żorach. Tam skończyłam liceum. Niestety, nie było tam uczelni, a już możliwości kształcenia się w kierunku, o którym marzyłam, czyli szkoły teatralnej, tym bardziej. Przeniosłam się więc do szkoły teatralnej do Krakowa i tam mieszkałam przez następne 15 lat i potem przeprowadziłam się do Warszawy, co było podyktowane szukaniem pracy.

Czasy PRL-u i stanie w kolejkach – to wszystko przeżyła pani właśnie na Śląsku?
Pamiętam doskonale, że sklep mięsny było widać z okien naszej podstawówki i nauczycielka, której nazwiska już nie pamiętam, wysyłała mnie i moją przyjaciółkę, żebyśmy stały jej w kolejce, i to był przywilej. To były piękne czasy.

Kiedy już widzowie powspominają stare czasy w „Obywatelu”, w jakich innych produkcjach filmowych będą mogli panią zobaczyć w najbliższym czasie?
Czekam na premierę filmu „Polskie gówno” w reżyserii Tymona Tymań-skiego. To śmieszny pastiż musicalowy o polskim show-biznesie. Gram tam piękną piosenkarkę. Do kin wszedł też film „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, gdzie robiłam dubbing pod postać ohydnej czarownicy. Niedługo na ekrany wejdzie film „Fotograf” Waldemara Krzystka, produkcja z aktorami nie tylko polskimi, ale i rosyjskimi. Będzie to historia kryminalna. Tam też mam okazję wcielić się w postać młodą, kiedy rodzę dziecko, a potem jestem dojrzałą kobietą, 60-letnią, która jest matką bohaterki granej przez Agatę Buzek. Zaczynam być więc specjalistką od aktorek postarzanych.

To dobrze?
Oczywiście, że tak. To rodzaj zaufania reżyserów do aktora, że jest w stanie wykreować postać absolutnie do siebie niepodobną i że jestem plastyczna. Ja to traktuję jako komplement.

 

Z Krzysztofem Ziemcem, dziennikarzem i prezenterem "Wiadomości", spotkałam się rok temu na Targach Książki w Krakowie. Zwyczajna-niezwyczajna rozmowa o tych, którzy w życiu zmierzyli się z tragedią i śmiercią. Warto przypomnieć sobie tą rozmową w przeddzień święta zmarłych. Polecam też sięgnąć w wolnym czasie po książkę Krzysztofa Ziemca, "Niepokonani".

ziemiec


Niedawno odbyła się premiera pana nowej książki "Niepokonani". Powiedział pan, że ta książka jest ludziom potrzebna. Skąd to przekonanie?
Do tej pory prowadziłem program, w którym prowadzę rozmowy z ludźmi, którzy mają za sobą ciężkie przeżycia, ale nawet, jeśli to będzie bardzo dobry program, to pozostaną po nim, jakieś wspomnienia, które ulegną szybkiemu zatarciu. Książka za to, jest czymś, niezwykłym - ponadczasowym i to dosłownie. Można ją postawić na półce, zapomnieć, a po jakiś czasie znowu sięgnąć. A być może sięgną po nią kiedyś nasze dzieci i powiedzą: kurcze,  jakie fajne przykłady, że można żyć inaczej, godnie. Poza tym miałem wewnętrzne, niemal stuprocentowe przekonanie, że ta książka jest ludziom potrzebna, o czym zdążyłem się już przekonać podczas spotkań autorskich.

To nie jest zwykła książka...  
Tego typu książki, które są świadectwem walki innych osób z cierpieniem, w dodatku, jeśli są to osoby znane, dają do myślenia. Ludziom się wydaje, że tym znanym to żyje się tylko dobrze, bo są znani, lubiani i wszystko mają, a okazuje się, że po pierwsze wcale tak nie jest, po drugie mają swoje problemy, a po trzecie, potrafią sobie z nimi radzić. A skoro oni, tym, których cenimy to się udało, to dlaczego nie nam. Traktowałem tą książkę jako przewodnik po życiu dla tych, którzy być może poszukują wzoru. Przykłady tych dwunastu osób chyba trafią do każdego.

Po tą książkę sięgają jednak nie tylko Ci, którzy przeżyli jakąś osobistą tragedię, ale też zwykli ludzie, bo sama przyznaję, że lektura tych wywiadów potrafi zmienić nastawienie do życie w ogóle.
To tym bardziej cieszy. Wszyscy doskonale wiemy, że w dzisiejszym świecie mediów, najlepiej sprzedaje się plotka, po drugie, najlepiej, żeby to była plotka dotycząca osób znanych, a po trzecie najlepiej, gdyby ta plotka ociekała krwią, seksem i różnymi takimi rzeczami, o których ludzie kiedyś nie mówili, bo to było wstydliwe, a dziś o oberwaniu ręki czy nogi opowiada się w mediach. W mojej książce nie ma plotki, jest szczera rozmowa dwóch osób oparta na prawdziwych losach i zmaganiach. Dobrze byłoby, gdyby sięgnęli po nią też ludzie młodzi i zobaczyli, że to, że dzisiaj żyje nam się dobrze, nie znaczy, że jutro wszystko się zmieni i będziemy potrzebować pomocy. Może lektura zmieni nastawienie ludzi, staną się wrażliwsi na cierpienie drugiego człowieka i będą potrafili też wyciągnąć pomocną dłoń.

Rozmawiał pan z ludźmi, którzy mają za sobą naprawdę ciężkie przeżycia. Stracili dzieci, ukochaną osobę, byli na granicy życia, walczyli z nieuleczalną chorobą. Która z tych rozmów była dla pana najtrudniejsza?
Każda z dwunastu rozmów, które zamieściłem w książce była trudna. Najtrudniejsza była chyba ta z Moniką Kuszyńską, która uległa ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, po którym jest sparaliżowana od pasa w dół. To była pierwsza moja tak poważna rozmowa, w dodatku ja jeszcze byłem poturbowany trochę po swoich przejściach (ucierpiał poważnie ratując swoją rodzinę z płonącego mieszkania - przyp red.). Rozmowa była też o tyle trudniejsza, że ja jestem mężczyzną, ona - kobietą i wiedziałem, że pewnych intymnych granic w tej rozmowie nie mogę i nie powinienem przekraczać. Ale równie trudna była dla mnie  rozmowa z Ewą Błaszczyk, bo była bardzo wzruszająca. Nie wiedziałem, jak daleko mogę się ze swoimi pytaniami posunąć, żeby kogoś nie urazić, a to nasze spotkanie odbywało się u niej w domu, gdzie za ścianą leżała jej córeczka będąca od kilkunastu lat w śpiączce.
Czytając książkę, miałam wrażenie, że nie było łatwo rozmawiać z aktorem Henrykiem Gołębiewskim?
To był rozmówca, który wyrażał się bardzo skromnie. To znaczy w odpowiedzi na moje pytania, rzucał krótko "tak", "nie", "mówiłem już panu". Słowem koszmar dla dziennikarza, ale w ten sposób pokazałem tylko, że nie wszyscy tak chętnie mówią o swoich przeżyciach.

W książce wielokrotnie pan pisze, że niektóre rozmowy przywoływały w panu wspomnienia swoich trudnych chwil, z którymi pan się musiał zmierzyć po pożarze...
To, o czym pani myśli , nie było dla mnie przeszkodą w prowadzeniu trudnych rozmów, wręcz przeciwnie. Starałem się nie myśleć o tym, co ja przeżywałem, ale było to atutem, w nakłanianiu tych moich bohaterów, żeby się ze mną zgodzili spotkać i chcieli porozmawiać i otworzyli się. Oni wiedzieli, że spotykają się z człowiekiem, który sam coś przeżył i otarł się o cierpienie i nie jest to pierwszy z brzegu dziennikarz, który ma zestawione pytania na kartce. Nigdy też nie porównywałem się z moimi bohaterami, bo czymże jest mój wypadek przy tragicznej śmierci córki Eleni (szaleńczo zakochany w jej córce były chłopak - zamordował córkę wokalistki - przyp. red.). Bez porównania są też moje przejścia z kilkunastoma latami zmagań Ewy Błaszczyk, która walczy o wybudzenie swojej córeczki ze śpiączki... 

Podczas tych trudnych, wzruszających rozmów nawiązały się jakieś bliższe więzi, przyjaźnie? Utrzymuje pan kontakt z bohaterami swoich rozmów?
Taki kontakt udało mi się nawiązać m.in. z Moniką Kuszyńską, z którą niedawno udało mi się drugi raz spotkać w celach zawodowych. To o tyle ciekawe, że minęły trzy lata od naszej pierwszej rozmowy i teraz każde z nas jest na innym etapie. Monika jest już artystką, która ma kalendarz wypełniony po brzegu. Nie zastanawia się już nad tym, że jest niepełnosprawna,  absolutnie jej to nie przeszkadza i idzie do przodu. Wspólne przemyślenia i sposób patrzenia na życie i świat łączy mnie też z Radkiem Pazurą. Sympatyczne więzi udało się też nawiązać z panią Ewą Błaszczyk i Jankiem Melą. Ostatnio nawet dostałem od niego zaproszenie na film opowiadający o nim, którego premiera była kilka dni temu, także widać, że ten kontakt sprzed kilkunastu miesięcy procentuje.

A utrzymuje pan kontakt z rodziną Dawida Zapiska, który jak pan przyznał był inspiracją do napisania tej książki?
Cieszę się, że pani o to pyta. Rzeczywiście, było tak, że z myślą napisania książki mierzyłem się od jakiegoś czasu, ale zawsze nie było czasu, sił, myślałem, po co taka książka. Może to jest wyraz jakiegoś mojego dziennikarskiego zarozumialstwa. Śmierć Dawida we wrześniu 2012 roku zmieniła mój sposób myślenia. Pomimo swojej ciężkiej choroby, ten chłopak miał ogromny apetyt na życie, ciągle marzył. Udało nam się spełnić przy pomocy widzów jedno z tych marzeń o zobaczeniu na żywo meczu Hiszpanów na Euro 2012. Kiedy Dawid umarł, ja akurat prowadziłem "Wiadomości", miałem na kartce wypisane słowa, którymi chcę go pożegnać, ale nie byłem w stanie, bo łzy cisnęły się do oczu. Powiedziałem tylko "Żegnaj Dawidzie, byłeś dla nas wzorem". Jego mama w rozmowie, którą wyemitujemy wkrótce na antenie TVP 1, przyznała, że jej 14-letni syn nauczył ją i nas wszystkich, jak nie bać się śmierci i godnie żyć.

Wspomina pan o wzruszeniu. Wielokrotnie w książce, w komentarzach do rozmowy, pisze pan, że pan się popłakał. Mężczyzna przyznaje się do łez, w dodatku dziennikarz, nikt tego panu nie wypominał?
Kiedyś, jeszcze prowadząc program z cyklu "Niepokonani", kiedy na antenie kilka razy uroniłem łzę, przeczytałem o sobie: "Ziemiec, Ty mazgaju, weź się w garść, nie bądź babą". Strasznie się tym przejąłem, a potem pomyślałem, jakim trzeba być pustym, bez serca człowiekiem, bez wrażliwości, żeby takie rzeczy mówić. Absolutnie nie wolno się wstydzić łez, bo my - dziennikarze jesteśmy ludźmi i tym lepszymi jesteśmy dziennikarzami, jeśli mamy w sobie empatię. Oczywiście nie zawsze w sytuacjach kryzysowych można popadać w histerię. Dam tu dwa przykłady: śmierć Jana Pawła II i tragedia w Smoleńsku. W jednym i drugim przypadku prowadziłem serwisy informacyjne i choć też głos stawał mi w gardle, walczyłem i powiedziałem, co się wydarzyło. Widzowie wymagają od nas profesjonalizmu, ale w przypadku takich rozmów, można sobie na te łzy pozwolić.

W Dzień Wszystkich Świętych też nie musimy kryć wzruszenia. O kim pan myśli w tym czasie najbardziej? 
Przede wszystkim wspominam mojego tatę, który leży na cmentarzu na Powązkach, gdzie od kilku lat kwestuję. Tam też jest grób mojego kolegi Marcina Pawłowskiego, dziennikarza, z którym pracowałem. Niestety pokonał go rak.

Rozmawiała Katarzyna Spyrka (26.10.2013)

 

W kinach możemy oglądać nowy film Patryka Vegi „Służby specjalne”. A w nim m.in. wątek śmierci posłanki, która ginie podczas zatrzymania przez ABW. Bohaterka przypomina posłankę Barbarę Blidę. Kiedy z nim rozmawiam, zastrzega, że podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. Ta informacja zresztą pojawia się w napisach końcowych. Co reżyser myśli o sprawie Blidy?

vega

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że śledztwo ws. śmierci posłanki Blidy zostanie wznowione. To pana dziwi?
Badanie OBOP-u wykazało, że ponad połowa społeczeństwa nie kupuje wersji z samobójstwem Barbary Blidy przedstawianej w mediach. Gdyby ABW zależało na wizerunku, działałaby na rzecz wyjaśnienia tej sprawy. W tej tragedii było tyle krętactw, że trudno wierzyć w jej wyjaśnienie po latach. Wyrok uniewinniający oficera ABW wskazuje raczej na to, że zostanie ona ostatecznie zamieciona pod dywan. Z perspektywy czasu wiadomo już, że Barbara Blida byłaby uniewinniona w kwestii zarzutów, które chciano jej postawić. Dlatego, chcąc wyjaśnić tę sprawę do końca, przed sądem należałoby także postawić Zbigniewa Ziobro, który na polecenie Jarosława Kaczyńskiego prześladował Barbarę Blidę, chcąc udowodnić istnienie „układu zamkniętego”.

Pan też nie wierzy w wersję, że posłanka popełniła samobójstwo?
Jest kilkadziesiąt faktów, które budzą wątpliwości. Najważniejsze z nich, to mataczenie w kwestii GSR – śladów prochu i osmoleń powstałych na dłoniach i odzieży po wystrzale. Oficer ABW, która poszła z panią Blidą do łazienki, zmieniła po całym zajściu kurtkę, uniemożliwiając identyfikację takich śladów. Co więcej, ona i pozostali oficerowie ABW umyli ręce. Niespójne i wewnętrznie sprzeczne są jej zeznania odnośnie od tego, gdzie przebywała w chwili wystrzału. Kuriozalne jest wreszcie to, że nie wpuszczono przez trzy i pół godziny policji na miejsce zdarzenia. Jak Pani sądzi, co oficerowie ABW robili tam w tym czasie?

Ma pan swoją teorię, kto tak naprawdę zawinił w przypadku śmierci posłanki Blidy?

Czytaj więcej w naszym tygodniku Śląsk Plus na stronie:
http://www.slaskplus.pl/artykul/3617957,patryk-vega-w-sprawie-smierci-poslanki-blidy-jest-kilkadziesiat-watpliwosci-zobacz-zwiastun,id,t.html

Dzisiaj, kiedy wszyscy żyjemy Mistrzostwami Świata i tym, że Niemcy po świetnym starciu z Brazylią zagrają w finale, postanowiłam „odgrzać” rozmowę z Lukasem Podolskim. Piłkarz pochodzący z Gliwic odpowiedział na moje pytania za pośrednictwem swojego przyjaciela, Krzysztofa Maja z Górnika Zabrze. Pamiętacie tą rozmowę ze stycznia 2012 roku? Jeśli nie, dla przypomnienia, warto zerknąć, co wtedy mówił Podolski. Zresztą i tak, najwięcej szczegółów ze swojego życia ujawnił dopiero niedawno w swojej autobiografii.

O czym pisze Lukas? Oczywiście jako wierna fanka Reprezentacji Niemiec, byłam pierwszą osobą w redakcji, która przeczytała tą książkę i wybrałam z niej najciekawsze historie na temat piłkarza. Sprawdźcie sami:

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3478361,jak-8latek-lamal-bramkarzom-rece-czyli-historia-zycia-lukasa-podolskiego,id,t.html

A dla przypomnienia rozmowa sprzed dwóch lat! Publikuję z nadzieję, że Lukas pokaże się jeszcze fanom na tych mistrzostwach, bo na razie dwa razy pojawił się na boisku i nie strzelił żadnego gola.

podolski

Miniony rok był dla ciebie szczególny. Zwłaszcza pod względem prywatnym. Zmieniłeś stan cywilny?
Z moją żoną byłem związany już kilka lat, więc to chyba nie było zaskoczenie. Jest Polką, dlatego chcieliśmy, żeby wesele odbyło się również w Polsce.

To było śląskie wesele?
Mogę powiedzieć, że było to normalne, fajne wesele, w gronie rodziny i przyjaciół. Impreza odbyła się w Warszawie. Organizacją zajęła się głównie żona, ona też przygotowała dekoracje i zrobiła to naprawdę super. Wśród biesiadników znalazł się również wasz syn? To był najważniejszy gość.

Tak samo jak tato ma smykałkę do gry? Może pójdzie w ślady ojca?
Chłopak gra w piłkę i lubi to robić. Ale trudno mówić, co będzie robił w przyszłości. Jak będzie solidnie trenował, to może coś z niego wyrośnie.

Mówi po polsku czy po niemiecku?
Wiadomo, w szkole uczy się niemieckiego, ale w domu rozmawiamy po polsku.

Przywiązujesz dużą wagę do swojego pochodzenia…
Urodziłem się na Śląsku, tu mam swoją rodzinę i tak naprawdę to jest chyba moje ulubione miejsce. Właśnie tutaj czuję się najlepiej. Dlatego też nie chcę zapominać języka.

W domu jeszcze można swobodnie porozmawiać, ale na boisku chyba jest z tym kłopot?
Wbrew pozorom w drużynie mam z kim pogadać po polsku. W Köln gra ze mną Sławek Peszko, a w reprezentacji Miroslav Klose. Możemy się między sobą porozumiewać po polsku i przynajmniej nikt z przeciwników nas nie zrozumie. A z resztą, która nie zna polskiego, oczywiście bez problemu dogaduję się po niemiecku.

Wiele się w Polsce mówi o tym, że chciałeś kiedyś grać dla reprezentacji Polski. To się nie udało. Teraz grasz przeciwko naszej drużynie. Który mecz przeciwko biało-czerwonym zapamiętałeś najbardziej?
Najbardziej utkwił mi w pamięci mecz z poprzednich Mistrzostw Europy. W Klagenfurcie wygraliśmy z Polakami 2:0. To był dla mnie szczególny mecz, nie tylko dlatego, że strzeliłem dwie bramki.

A może jeszcze nie wszystko stracone i kiedyś zobaczymy cię na polskich boiskach?
Nie od dziś wiadomo, że jestem wiernym kibicem Górnika Zabrze. Kibicuję temu klubowi już od dziecka. Chciałbym kiedyś zagrać w Górniku. Może już na nowym stadionie w Zabrzu. Kto wie, może to będzie na zakończenie kariery…

Na to się jednak na razie nie zanosi. Póki co Polska żałuje, a ty jesteś gwiazdą w Niemczech. Fani i dziennikarze ci nie dokuczają?
Mam to szczęście, że mam bardzo sympatycznych fanów i nigdy nie spotkała mnie z ich strony jakaś nieprzyjemna sytuacja.

Zastanawiam się, czy była jakaś opcja awaryjna. Co by było, gdybyś nie był piłkarzem?
Takiej opcji nie było. Od dziecka miałem przed oczami tylko piłkę. Chciałem być jak ojciec, zostać piłkarzem, grać na dużych boiskach. Byłem tym zafascynowany. Uparcie dążyłem do celu i na szczęście nie musiałem się nigdy zastanawiać, co by było, gdyby…

Jak w ogóle wygląda twoje życie poza boiskiem. W napiętym grafiku sportowca jest w ogóle czas na jakieś przyjemności?
Mój dzień kręci się wokół piłki. Treningi, mecze i tak w kółko. Na nic innego raczej nie mam czasu. Jeśli już trafi się wolny dzień, robię wszystko, żeby spędzić go z rodziną. Takich chwil, żebym mógł pobawić się z synem jest mało.

A w czasie wolnym, takim jak np. święta czy noworoczna przerwa w rozgrywkach?
Wtedy mam chwilę oddechu, ale nawet w święta nie mogłem zapominać o piłce. Na świątecznym stole, tak jak w Polsce, miałem zupę grzybową i rybę, ale nie mogłem się zbytnio zajadać, bo stale muszę pilnować sylwetki.

Znajdziesz w tym roku czas na wizytę w Polsce?
Niestety, w tym roku mi się to nie uda. Przerwa noworoczna, którą zwykle mieliśmy, została skrócona. Wszystko przez zbliżające się Euro. Rozgrywki wiosenne Bundesligi będą przyspieszone, żeby reprezentacja mogła się lepiej przygotować do mistrzostw. To nasz cel numer jeden. W takim razie życzenie na Nowy Rok jest chyba tylko jedno? Oczywiście, jak każdy sportowiec marzę o jak najlepszych wynikach. W roku Mistrzostw Europy i to w dodatku w Polsce celem jest zwycięstwo. Życzyłbym sobie również dobrej gry Górnika Zabrze.

Myślicie, że Podolski zagra w finale, a Niemcy zdobędą Mistrzostwo Świata?

Paweł Małaszyński fot. archiwum polskapresse

Aktor Paweł Małaszyński nie czyta plotek na swój temat i skupia się na pracy w Teatrze Kwadrat. Tymczasem tabloidy donoszą, że rzuca aktorstwo dla kariery muzycznej, a drudzy plotkują o jego nowo narodzonej córeczce. Nam opowiedział o tym, dlaczego nie czyta plotek na swój temat i jak radzi sobie z etykietą „amanta”. Z Paweł Małaszyńskim, spotkałam się przed spektaklem „Ślub doskonały” w Rybniku, w którym aktor gra główną rolę.

Czytaj dalej

MTL Maxfilm, fot. Marta Gostkiewicz

Tomasz Borkowski, aktor pochodzący z Gliwic, stał się nową gwiazdą serialu „M jak Miłość”. Rola sąsiada i adoratora serialowej Kingi, sprawiła, że o aktorze ze Śląska mówi się coraz głośniej. W przyszłym roku zobaczymy go również na dużym ekranie. Jak to się stało, że chłopak z Gliwic staje się nową gwiazdą polskiego kina? Przeczytajcie!

Czytaj dalej