Zimny dźwięk budzika, choć za oknem jeszcze ciemno, nakazuje codziennie wrócić do rzeczywistości. Takiej jak obraz za oknem w momencie, gdy już zdołasz podnieść głowę, aby zobaczyć czy czasem nie udało Ci się przespać ukochanej zimy. Dziennie jednak o tej porze zamiast słonecznego nieba widzisz wciąż zalegający śnieg i wciąż włączone latarnie nocne. Starasz się oderwać od negatywnego myślenia i szukasz w głowie kilku pozytywów. Wtedy na szczęście przypominasz sobie, że właśnie dzisiaj czeka na Ciebie kolejny rozdział książki z Ekonomii oraz kilka notatek do wykucia na pamięć. Zanim jednak złapiesz trochę wolnego czasu na tę przyjemność musisz jednak udać się na uczelnię, aby zaliczyć pozytywnie kolokwium i chociaż trochę poprawić sobie humor. Jadąc tą samą drogą co zwykle masz w głowie obraz sprzed kilku lat, kiedy siedziałeś jeszcze w szkole. Wracasz do niego codziennie, bo ta nostalgia budzi w Tobie przyjemne uczucie beztroski, choć w rzeczywistości jej smak zaczyna z czasem być coraz bardziej gorzki i zaczynasz tracić apetyt na kolejne wspomnienia. Po kolejnych kilku godzinach nauki wychodzisz z uczelni i w akompaniamencie zachodzącego już słońca udajesz się do domu. Spotykasz tych samych ludzi na przystanku co zwykle, wsiadasz do tego samego autobusu. Czegokolwiek później już nie zrobisz to jednak czujesz że popadłeś znowu w monotonię. Ponurą i przygnębiającą.

Pierwsze pytanie jakie należy sobie zadać brzmi: Skąd takie negatywne myślenie? Na pewno przedstawiłem dość pesymistyczne podejście do codzienności, ale czy tylko ja tak mam, że przez tę zimę, która atakuje nas kolejnymi mrozami jedyną rzeczą na którą mam ochotę to zapaść w sen zimowy i obudzić się w marcu wraz z pierwszym przebiśniegiem? Czy to ten chłód na zewnątrz jest tak dotkliwy, że wchłania się również w nasze głowy jak woda w gąbkę? Czy kiedy przyjdzie lato to pomimo nieprzerwanej obecności codziennych obowiązków oderwiemy się od tego nużącego smęcenia i chłodnego nastroju? Zostało jeszcze kilka tygodni, do tego czasu jednak warto byłoby poszukać idealnego przepisu na zimę i z pozytywnym nastawieniem budzić się codziennie rano. Bo bez takiego przepisu jedynie zatracimy się w tej czarnej rzeczywistości i będziemy zmuszeni pisać takie teksty jak ten 😉

„Nie mam się w co ubrać” oto stwierdzenie prawie wszystkich polskich  nastolatek stojących przed ogromną szafą, po brzegi załadowaną różnego rodzaju ubraniami, przed wyjściem do szkoły. Odpowiedzią na to pytanie powinno być- to w czym jest Ci wygodnie i jest odpowiedniej do danej sytuacji i pogody. Jednak, że obecne nastolatki już dawno pożegnały się ze zdrowym rozsądkiem. W naszych czasach nastolatki ubierają się tak, żeby zaimponować rówieśniką, nie zważają na to ze buty na wysokim obcasie i spódniczka mini niekoniecznie pasuje na szkolny korytarz. To tylko pierwszy dość długo trwały proces przegotowania się do wyjścia na „runway ‘’. Kolejnym punktem początku dnia  jest make up  czyli podkład, puder, maskara, eye liner, szminka i wiele innych, tak uciekają kolejne godziny życia naszych korytarzowych modelek. Co by było gdyba  nasza ślicznotka wyszła bez ułożenia fryzury godnej Lady Gagi. Po godzinach ubierania się i nakładaniu tapety na swoją twarz ślicznotka wychodzi do „budy” gdzie po drodze  spotyka się ze swoimi ubranymi  podobnie lecz nie identycznie bo to przecież „siara”, psiapsiółkami. Kiedy owe piękności docierają do szkoły przechadzają się korytarzem i docierają do swoich klas, siadają do ostatnich rzędów ławek gdzie mogą poobgadywać koleżanki które nie ubierają się tak trendy jak one. Po rozpoczęciu lekcji lolitki wysyłają soczyste całusy do swoich przystojnych  i  dobrze ubranych kolegów, posyłają tajne liściki i oglądają katalogi z oriflame’u i avanti. To przykre, że tak wiele młodych dziewcząt ulega wpływom reklamy i powszechnej manipulacji firm produkujących odzież i kosmetyki, stając się pustymi konsumentami, stworzeniami, a raczej mutantami, których jedynym celem staje się uzyskanie nienagannego wyglądu zewnętrznego i poszanowania wśród równie zepsutych znajomych. Jednych słowem mówiąc szkolne korytarze zmieniły się w wybiegi mody, a uczennice czują się na nich jak światowej sławy modelki.

 

Klaudia Okoń

„Zacznę biegać”, „Zrzucę kilka kilogramów”, „Nie będę się spóźniać” – te i wiele innych „ambitnych” postanowień słyszę każdego roku. Zazwyczaj 31 grudnia. Kilka minut przed północą. Oczywiście moją jedyną reakcją jest uśmiech. Wyśmiać kogoś nie wypada.

Postanowienia noworoczne – słowo klucz. Wyznaczamy je sobie co roku. I co roku ich nie dotrzymujemy. Piszę to z bólem serca, ale… chyba po prostu lubimy okłamywać samych siebie. Może czujemy się lepiej, kiedy kilka minut przed rozpoczęciem nowego roku, w towarzystwie znajomych powiemy, że w przyszłym roku to już NA PEWNO zaczniemy coś robić. W zeszłym roku czegoś zabrakło. Motywacji, czasu, pieniędzy… Zawsze znajdzie się odpowiednia wymówka. Może w końcu popatrzmy do lustra i najzwyczajniej w świecie powiedzmy: „Nie chciało mi się”. Bo taka jest prawda.

Moim zdaniem problem leży w innym miejscu. Najczęściej brakuje nam samodyscypliny i konkretnego planu. Może najpierw się ze mną nie zgodzicie i pomyślicie „O czym on pisze? Brakuje mi samodyscypliny? Pfff”. Ale później popatrzycie na efekt swoich zeszłorocznych postanowień. I przyznacie mi rację. W tym momencie na klawiaturę ciśnie mi się cytat z powieści „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego: „Właściwie wszystko jest w mocy człowieka, ale wszystko mu przechodzi koło nosa jedynie wskutek tchórzostwa”. I lenistwa.

A więc przestań mówić, zacznij robić. Usiądź do stołu i nakreśl jakikolwiek plan. Będzie to większym dokonaniem niż coroczne czcze gadanie. „W przyszłym roku stracę 10 kilogramów. Trzy treningi w tygodniu, dieta już rozpisana” – widzisz różnicę? Ja widzę. Ogromną. A teraz odpowiedz sobie na jedno, ważne pytanie – naprawdę potrzebujesz specjalnej okazji, żeby zmienić coś w swoim życiu?

                Mówi się, że życie jest tylko jedno, żyje się tylko raz. Można by pomyśleć, że nie mamy opcji przeżywać czegoś ponad to, co nas spotyka. Że dziewczyna nie może spotkać rycerza na białym koniu albo chłopak nie może zostać zamożnym, przystojnym mafiozą, otoczonym kobietami. Ale czy na pewno? Z jednej strony cokolwiek nie robimy: śpimy, gramy, czytamy, pracujemy, jemy, czy wykonujemy miliony innych bardziej lub mniej ciekawych czynności, poświęcamy na nie czas z naszego życia. Ale czy do tego życia da się włożyć inne życie? Są stwierdzenia, które sugerują, że można. Jednym z najpopularniejszych są słowa Józefa Czechowicza „Kto czyta – żyje wielokrotnie, kto zaś z książkami obcować nie chce, na jeden żywot jest skazany”.
Idąc tym tropem możemy dojść do tego, że czytając (poświęcają część swojego bardziej lub mnie cennego czasu), przeżywamy życie bohatera lub bohaterów. Poznajemy ich emocje, przeżycia. Możemy być młodą księżniczką na balu, rozchwytywaną przez przystojnych książąt w tańcu, albo złodziejem włamującym się do domu zamożnego mieszczanina. Patrzymy jak bohaterowie radzą sobie z różnymi sytuacjami, często zastanawiamy się (przynajmniej ja) czy można było postąpić inaczej, żeby było lepiej. Co prawda można zasugerować marnowanie swojego własnego życia, ale czy na pewno? Przykładowo czytamy jakąś krótką książkę, niech przeczytanie jej zajmie nam 3 godziny. Ktoś stwierdzi, że były to zmarnowane trzy godziny. Ale z drugiej strony z głównym bohaterem spędziliśmy pół roku. Pół roku z jego życia zajęło tylko 3 godziny z naszego. Dzięki temu przeżyliśmy już dwa. Poznaliśmy cudze, z inną perspektywą, innymi doświadczeniami. Dodatkowo książki dają nam możliwość poznania życia osoby realnej, autobiografie pozwalają nam na zapoznanie się z odczuciami i spostrzeżeniami autora opisującego swój byt. Dzięki temu życie osoby, która żyła przykładowo 60 lat my możemy poznać w kilka lub kilkanaście godzin. Mamy okazję poznania jej, zrozumienia co przeżyła, w jaki sposób to odczuwała, dlaczego podjęła takie, a nie inne decyzje. Przechodzimy z nią przez jej życie za pomocą książki. W ten sposób dochodzimy do wniosku, że nie koniecznie musimy obserwować ten świat tylko raz, z tylko jednej perspektywy. Powyższy cytat można roztrząsać na wiele sposobów ale widać że ma on rację bytu, możemy poświęcając część naszego czasu w pewnym sensie go rozciągnąć. Sięgając do książek możemy też zwiedzać różne ciekawe miejsca, nie wychodząc z domu. Przykładowo możemy przenieść się do XIX wiecznego Londynu. Przenieść się w czasie i miejscu. Zobaczyć coś, czego już nie ma, poczuć zapachy  usłyszeć dźwięki tego miejsca. Ma to swój urok i mając inne życie możemy być w kilku miejscach na raz. Dość ciekawe przeżycie.
                Często osoby spędzające część czasu w Internecie są określane jako prowadzące podwójne życie. Można by pomyśleć nad nimi, czy to dalej te same osoby, czy dwie różne? A może trochę Jekyl i Haydn, czyli dwa w jednym? Możemy wejść w świat gier MMO lub MMO RPG i spotkać kogoś kto w prawdziwym świecie jest kimś innym. Przykładowo chuderlawy chłopak, z dużą wadą wzroku, mający dwie lewe ręce, może być dobrze zbudowanym, pewnym siebie łowcą, strzelającym z łuku. Grubsza dziewczyna, nie umiejąca rozmawiać z osobami z jej otoczenia nagle staje się ponętną boginią boga miłości, wyciągającą z innych najskrytsze sekrety. W tego typu grach ludzie tworzą swoją druga tożsamość, mogą być kim chcą, prowadzą podwójne życie. Mówi się o nich, że nie mają życia, ale  czy na pewno? Nie żyją raz. Mogą stworzyć wiele postaci, rozwijać je. W swoim prawdziwym bycie tworzą wiele innych, niezależnych od siebie, a w przypadku dobrze zrobionych gier mogą się dowiedzieć wielu ciekawostek. Teoretycznie można pokusić się na stwierdzenie, że żyją bardziej od zwykłych ludzi.
                Zostając przy temacie Internetu możemy przyjrzeć się także różnym osobą na portalach społecznościowych. Ludziach, wśród których znajdziemy wielu takich, które znamy z rzeczywistości. Dajmy na to, że znamy kogoś od dziecka. Jest to przeciętna dziewczyna, całkiem ładna, skromna, trochę nie śmiała, zawsze miła i uprzejma. Z ciekawości zaglądamy na jej profil na takowym portalu i możemy przeżyć niezły szok: nasza znajoma zamiast skromnego golfa, ma wyzywający dekolt, zamiast ładnej spódniczki trochę nad kolano jest w bardzo krótkiej mini. Czytając jej wpisy i komentarze nie znajdujemy jej spokojnych słów, w których jest miła, radosna i pokojowo nastawiona, wręcz przeciwnie. Widać tam wiele wulgaryzmów, mowę nienawiści, brak jakiegokolwiek zrozumienia dla osób myślących inaczej. Które z tych żyć jest dla niej prawdziwe? Tego się nie dowiemy, ale można powiedzieć  o tej osobie jako o kimś kto żyje podwójnie, czyli prowadzi dwa różne życia. Nie żyje raz, żyje więcej razy w tym samym czasie. Jest dwoma różnymi osobami, przeżywa w różny sposób, różne rzeczy.
                Możemy teraz jeszcze na chwilę wrócić do tematu gier, ale już nie komputerowych, tylko RPG. Rzeczywistości opartej na książkach, odgrywane przez ludzi, na podstawie postaci, które stworzyli. Można być kim się tylko zechce: orkiem, elfem, człowiekiem. Chce się być kapitanem statku kosmicznego? Żaden problem. Woli się być wojownikiem albo kapłanem? Proszę bardzo. W tego typach gier tworzy się nowe życie, całą historię postaci od jej urodzenia. Dzięki temu można być kim się chce, jakim się chce. Grając w gry RPG tworzy się kogoś innego, żyje się drugim życiem. Owszem, każda postać ma wady i zalety, nie ma istot idealnych, ale to tylko dodaje realności tym grom. Mamy drugie życie, gdzieś na innej planecie, innym wymiarze. Nie jesteśmy raz, ponieważ kreujemy nowe byty.
                Patrząc na świat w ten sposób ciężko jest powiedzieć że żyje się raz. Ponieważ mimo, że żeby grać, spędzać czas w Internecie, tworzyć nowe postacie poświęcamy nasz czas, to w ciągu naszego jednego życia przeżywamy wiele, wiele innych.

Nietrudno dziś znaleźć nastolatka przechadzającego się ulicą w zwykły dzień w bluzie, która emanuje polskimi symbolami narodowymi. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że dużo takich ciuchów noszone jest przez młode osoby, które chcąc nie chcąc, nie zawsze wiedzą o różnych rzeczach, o których gdyby się dowiedziały, zastanowiłyby się nad wyrzuceniem takiej bluzy do szafy i prędkim wyrzeczeniem się takiego lojalnego patriotyzmu. Oto ciemna strona polskiej, najnowszej historii, która dziś często jest motywacją dla młodych, spragnionych ideałów ludzi.

Dziś jest jakby moda na polskość i przypominanie o symbolach naszych największych zwycięstw w historii. W kontekście dzisiejszego kryzysu z uchodźcami jest to husaria, która wsławiła się walecznością podczas wojen w XVII w., gdy skutecznie walczyliśmy właśnie m. in. z muzułmanami. Dzisiaj więc jednym z naszych byłych wrogów, o których się szczególnie pamięta, jest islam. Poza nim jest komunizm, o którym się pamięta przez to, że jest zaprzeczeniem patriotyzmu. Jest symbolem oderwania się od idei solidarnego narodu, a za to zjednoczenia się wspólnot wszystkich państw (albo raczej ich zwykłych obywateli) w imię ogólnego (więc dla niektórych niezbyt uchwytnego) dobrobytu. Z tego powodu lewactwo wydaje się być utożsamiane z brakiem zasad, wartości i ślepym podążaniem za atrakcyjnymi, ale pustymi tak naprawdę hasłami. Warto jednak się przyjrzeć początkom komunistyczno-polskich relacji, kiedy ta idea trafiła już na podatny grunt w Rosji.

Nie ulega wątpliwości, że Rosja w 1920 r. atakowała naszą wolność do stanowienia o sobie samych, jako wreszcie wolnych Polaków. Nie dziwne więc, że po 123 latach podległości tak solidarnie stawiliśmy opór najeźdźcy, z czego zresztą się niezmiernie cieszę, bo w naszej kulturze i historii brakuje mi takich momentów, kiedy nasze władze i ogólnie społeczeństwo są ze sobą zgodne w najbardziej kluczowych momentach. Niestety, stwierdzenie, że Polacy nie mają nikogo za nic przepraszać po prostu mnie brzydzi. Dosyć mocno rozsławione Jedwabne nie jest niestety jedynym przykładem na to, że nie jesteśmy żadnym narodem, który wywodzi się od jakiegoś świętego, walecznego, starożytnego plemienia. Niestety, już stosunkowo chwilę po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. okazało się, że Polacy są zwykłymi ludźmi, którzy czasem nad sobą nie panują i nawet ze strachu potrafią nienawidzić. Chodzi mi tu o mord na członkach misji Rosyjskiego Czerwonego Krzyża, którzy mieli wynegocjować z naszymi władzami repatriację jeńców rosyjskich jeszcze z I WŚ. Wysłannicy zostali natychmiast aresztowani pod zarzutem szerzenia wywrotowej propagandy, a następnie formalnie wydaleni z kraju. Byli eskortowani do linii frontu, przed którą zostali wywleczeni przez polskich żandarmów do lasu i rozstrzelani. Szeroko ten problem ujmuje Karol Sacewicz w artykule „Sprawa tzw. rosyjskiej delegacji Czerwonego Krzyża w świetle publikacji prasy komunistycznej w Polsce (1918 – 1919)”. Po zapoznaniu się z tekstem doszedłem do wniosku, że nie musiało się to wtedy stać, gdyż członkowie misji nie stanowili realnego zagrożenia, a mord był spowodowany jedynie powszechnym wtedy strachem przed kolejnym zniewoleniem Polski, tym razem przez komunizm.

Gdy uporaliśmy się z Rosjanami, to największe wtedy zagrożenie zewnętrzne minęło. Przyszedł jednak czas bałaganu, który wynikał ze zbyt luźnych zasad konstytucji marcowej. Był to okres, kiedy powinniśmy się ustabilizować, m. in. wybrać pierwszego prezydenta. Koncepcje na nasze państwo były wtedy jednak jeszcze bardziej różne, niż teraz. Przez niemożność dogadania się różnych stron politycznych (podobnie jak ma to miejsce dziś niestety), doszło do kolejnej tragedii pod koniec 1922 r., wydaje się dla nas, Polaków, jeszcze gorszej, bo słusznie zweryfikowała ona, że nie jesteśmy jeszcze gotowi do demokracji, bo zabiliśmy naszego wybranego prawnie prezydenta, Gabriela Narutowicza. Stało się to w atmosferze zwykłego, powiedzielibyśmy dzisiaj hejtu na zwycięzcę wyborów w gazetach prawicy. Dla endecji zwycięstwo Narutowicza było taką klęską, że musieli mu życzyć publicznie wszystkiego najgorszego. Doprowadziło to do tego, że jeden z fanatyków prawicy wziął sprawy w swoje ręce i zastrzelił prezydenta. Jak dla mnie nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego skandalu, który spowodowany był zachowaniem na poziomie podwórka przed gimnazjum, a nie polityków świeżego, upragnionego od 123 lat własnego państwa…Endecy nawet nie poczuli się potem do odpowiedzialności za ten mord.

Prawica niestety nie przyczyniła się za bardzo tym atakiem do polepszenia sytuacji, gdyż potem wciąż były częste zmiany rządu wskutek kłótni między politykami. Kulminacją tego napięcia był przewrót majowy w 1926 r. Przez decyzję Piłsudskiego do wszczęcia buntu, który w założeniu miał rozprawić się ze szkodzącymi państwu politykami, zginęło prawie 400 Polaków. Ponoć jego przywódca z tego powodu wpadł na chwilę w depresję, gdyż miał nadzieję, że do żadnego rozlewu krwi nie dojdzie, a jego przeciwnicy oddadzą mu władzę bez słowa. Gdy zobaczył, że tak gładko nie pójdzie, to najwidoczniej uznał, że nie ma innego wyjścia, bo wycofanie się i spróbowanie się dogadać z tymi „parszywymi politykami” nie wchodziło w grę.

Dokonanie przewrotu majowego było początkiem procesu przejmowania władzy w Polsce przez piłsudczyków. Wszystko byłoby pięknie, można byłoby jakoś próbować Piłsudskiego usprawiedliwić mówiąc, że wtedy niestety był nam ten przewrót potrzebny, może gdyby nie to, że jego ludzie dalej działali zasadą „cel uświęca środki”. Stworzyli oni Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem, którego celem było zdobycie na tyle wysokiej przewagi w parlamencie, by móc zmienić konstytucję. W ich mniemaniu było to tak konieczne, że w wyborach w 1930 r. mając już większość w sejmie, ale jeszcze nie dostateczną, dopuścili się fałszowania wyborów. M. in. aresztowano kluczowych przedstawicieli różnych innych opcji politycznych, by znacznie osłabić ich szanse na nawet niezbyt znaczące zwycięstwo w wyborach, które jednak mogłoby pozbawić BBWR koniecznej większości. Działaczy wypuszczono z więzienia dopiero po wyborach.

Przenieśmy się jeszcze do jeszcze bardziej kontrowersyjnego okresu II WŚ. Tutaj sytuacja jest poważna, gdyż właśnie wiele z noszonych dziś, patriotycznych ubiorów jest opatrzonych skrótem NSZ, czyli Narodowe Siły Zbrojne. Była to jedna z organizacji, która tak jak AK walczyła o niepodległość Polski po kolejnym, czwartym jej zaborze. Poważnie różni ją od Armii Krajowej jednak jej doktryna, według której głównym wrogiem Polski byli Rosjanie, co było powodem do tego, by nie tylko w pewnym okresie ograniczyć walkę z nazistami, ale nawet by walczyć z innymi Polakami, którzy też walczyli o naszą niepodległość, lecz byli bliżej poglądom komunistycznym. Mam na myśli oddziały Gwardii Ludowej.

Powyższe przykłady pokazują, że nie należy ślepo wierzyć w jakieś naiwne trendy na zasadzie „też chcę pokazać, że ze mnie patriota i Polak prawdziwy”. Tym bardziej nie należy ślepo wierzyć politykom, którzy dzisiaj chętnie wysługują się takimi postaciami jak właśnie Piłsudski, czy Dmowski by pokazać, jak to właśnie ci politycy nie są oddani polskiej sprawie, tak jak pierwsi politycy II RP. Okazuje się, że nikt nie wszyscy nie są niestety święci – ani dziś, ani nawet wtedy…

Felieton

Kategorie: Bez kategorii

Każda mała dziewczynka marzy o rycerzu na białym koniu, jednak wraz z wiekiem jej pragnienia zmieniają się i o tyle, co różnicy nie robi jej czy będzie on w czarnym BMW czy na rowerze, to duże znaczenie ma, to czy jest zaradny, pracowity i uczciwy. Ale zanim wszystko dojdzie do szczęśliwego zakończenia, liczy się pierwsze wrażenie. I tutaj pojawia się pytanie: jak poderwać? Albo czego nie robić, aby podryw był udany. Wydawać by się mogło, że połową sukcesu jest nawiązanie kontaktu, jednak wszystko może prysnąć niczym bańka mydlana, kiedy podrywający wykaże się intelektem równym zero. I choć sposobów na zaimponowanie kobiecie jest dużo, to z pewnością opuszczona szyba, głośna muzyka i gwizd zakończony soczystym cmoknięciem nie plasuje się na podium, albo nawet w pierwszej dziesiątce.  I choć można byłoby ułożyć listę najgorszych podrywów, to dla mnie od dłuższego czasu , zwycięzcą jest… W piątkowy wieczór nogi same ciągnęły na parkiet, dlatego niedługo później dotykały podłogi jednego z katowickich klubów i stąpały w rytm muzyki. Zmieniając sale razem z koleżanką kilkakrotnie napotkałyśmy trzech rówieśników płci przeciwnej i chociaż na twarzy wymalowane mieli zainteresowanie, to wewnętrzna nieśmiałość broniła im podejść. W końcu jednak odważyli się zacząć rozmowę i mogłoby być miło, gdyby  jeden z nich nie skończył imprezy za szybko wymiotując tuż obok nas. Chcąc nie chcąc, pozostałych dwóch muszkieterów zaopiekowało się kolegą i wrócili z nim do domu. Jakiś czas później zapominając o całej sytuacji, media społecznościowe okazały się doskonałym miejscem dla dorastających następców Sherlocka Holmes`a. Chyba chcąc zrekompensować nam niezbyt przyjemny, aczkolwiek zabawny –po wszystkich żartach widok, napisał mistrz piątkowego wieczoru. I wszystko byłoby dobrze, bo zarówno gniewać jak i obrażać się nie było o co, a cała sprawa mogła zacząć się i zakończyć w tamten wieczór, to padło zdanie, które zapewniło chłopcu pierwsze miejsce w rankingu na najgorszy podryw.
„Szkoda byłoby obrzygać takie ładne dziewczyny”
Faktycznie, szkoda. Szkoda, że kolega zapomniał o przysłowiu mówiącym, że mowa jest srebrem a milczenie złotem.

Reportaż  (franc. le reportage – reportaż) – gatunek literacki z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej (przez krytykę zwany przewrotnie „bękartem literatury pięknej i brukowej popołudniówki”). Reportaż wykształcił się w 2. połowie XIX w., co wiązało się z dynamicznym rozwojem prasy w tym czasie. Obejmuje utwory, które stanowią relację z określonych wydarzeń, a których naocznym świadkiem był sam autor. Ze względu na stopień autorskiego zaangażowania reportaż przybrać może formę czysto informacyjną, relacjonującą bądź też przedstawiająco-sceniczną.

 CECHY REPORTAŻU:

  • wiarygodność, prawdziwość
  • obiektywizm
  • dokumentaryzm, fakty z autopsji, z relacji uczestników, naocznych świadków, ekspertów, z dokumentów
  • autentyzm (prawdziwość) – nasycanie tekstu datami, liczbami precyzyjnie pokazującymi kolejność, wielkość, skalę opisywanych faktów
  • obrazowość
  • emocjonalność – coraz większa rola
  • wielostylowość
  • czasem dopuszczalna fikcja, jeśli pozwala zobrazować problem, zjednać odbiorców z bohaterami reportażu
  • aktualność, ale możliwe odwołania do historii
  • dostosowanie formy do tematu (zasada relewancji)
  • brak komentarza (prawo do niego ma czytelnik), ewentualny komentarz wyraźnie oddzielony od części referującej
  • ascetyzm artystyczny
  • dwupłaszczyznowość – pierwszą płaszczyznę stanowi czas i przestrzeń przedstawianego zdarzenia, druga płaszczyzna to czas i przestrzeń reportażu
  • achronologiczność (fakultatywna cecha)

PODZIAŁ REPORTAŻY ZE WZGLĘDU NA FORMĘ:

  • reportaż literacki – łączy fikcję literacką z autentycznymi wydarzeniami
  • reportaż informacyjny
  • reportaż sprawozdawczy
  • reportaż publicystyczny

 PODZIAŁ REPORTAŻY ZE WZGLĘDU NA TEMATYKĘ:

  • reportaż społeczno-obyczajowy
  • reportaż podróżniczy
  • reportaż zagraniczny
  • reportaż kryminalny
  • reportaż interwencyjny
  • reportaż naukowy
  • reportaz historyczny
  • reportaż produkcyjny
  • reportaż wojenny
  • reportaż sądowy
  • reportaż sportowy

 KOMPOZYCJA REPORTAŻU: Obowiązuje tu pełna dowolność kompozycyjna, choć najczęściej powtarza ona schemat: koncentracja na głównym wydarzeniu, a następnie dopowiadanie kolejnych elementów, które pokazują jego genezę, procesualność, wielowymiarowość.

 NAJCZĘŚCIEJ SPOTYKANA BUDOWA W REPORTAŻU FABULARNYM:

  • wstęp (wprowadza wydarzenia i zapoznaje z bohaterem
  • zawiązanie akcji – ukazanie konfliktu
  • rozwiązanie konfliktu
  • zakończenie – uwagi i spostrzeżenia reportera

NAJCZĘSTSZA BUDOWA REPORTAŻU PROBLEMOWEGO:

  • refleksje reportera i zarys problemu
  • segmenty pokazujące punkt widzenia bohatera/ów
  • zakończenie reportażu: rozwiązanie problemu, seria pytań skierowana do czytelnika

REPORTAŻ NA ŚWIECIE: Jako odrębny gatunek wykształcił się w wieku XIX. Jednym z jego prekursorów był zamieszkały w Pradze, lecz tworzący w języku niemieckim Egon Erwin Kisch („Szalejący reporter”). Za klasyka nowoczesnego reportażu uważa się też Johna Reeda.

REPORTAŻ W POLSCE: W literaturze polskiej reportaż uprawiało wielu znanych publicystów i pisarzy, ale za mistrzów gatunku uważa się: Melchiora Wańkowicza (Szczenięce lata, Na tropach Smętka), Arkadego Fiedlera (Ryby śpiewają w Ukajali, Kanada pachnąca żywicą), czy Ksawerego Pruszyńskiego (W czerwonej Hiszpanii). Po II wojnie światowej należy wymienić m.in.: Mariana Brandysa, Kazimierza Dziewanowskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Józefa Kuśmierka, Edmunda Jana Osmańczyka i Lucjana Wolanowskiego. Wielu powojennych dziennikarzy i reporterów rozpoczynało swą etatową pracę zawodową, bądź publikowało cyklicznie w tygodniku „Świat” (wychodzącym w latach 1951-1969), będącym nieformalną kuźnią wielu talentów reporterskich po 1945 r. W latach 1945-1989 obserwuje się m.in. niezwykły rozkwit „reportażu podróżniczego”, np. wydawanej przez kilkadziesiąt lat przez wydawnictwo „Iskry” (pod red. Krystyny Goldbergowej i Zbigniewa Stolarka), serii książkowej „Naokoło świata” (z charakterystyczną białą okładką z paskiem). Popularnością cieszyły się również dziennikarskie cykle wydawnicze książek poświęconych tematyce morskiej, m.in. „Człowiek na morzu” (Krajowa Agencja Wydawnicza), „Miniatury Morskie” (Wydawnictwo Morskie). Przez wiele lat ukazywał się również periodyk pt. „Ekspres Reporterów” (wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza). Z kolejnego, młodszego pokolenia reporterskiego (urodzonego w latach 30. i 40. XX w.) należy wymienić: Wojciecha Adamieckiego (1934-2007), Wojciecha Giełżyńskiego (1930-2015), Hannę Krall (ur. 1935), Krzysztofa Mroziewicza (ur. 1945), Małgorzatę Szejnert (ur. 1936), Teresę Torańską (1944-2013) i Ryszarda Kapuścińskiego (1932-2007) – wieloletniego korespondenta PAP w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej, autora głośnych książek reportażowych: Chrystus z karabinem na ramieniu, Wojna futbolowa, Cesarz oraz Imperium. Kapuściński pokusił się o dokonanie zapisu przełomowego wydarzenia schyłku XX w. – upadku systemu komunistycznego w Rosji i bolesnego procesu transformacji mentalności „człowieka radzieckiego” (homo sovieticus). Najmłodsze pokolenie reporterów, to dziennikarze zgromadzeni przeważnie (w różnym okresie) wokół „Gazety Wyborczej”.

BIBLIOGRAFIA  :  

http://język-polski.pl/reportaz/325-jak-napisac-reportaz https://pl.wikipedia.org/wiki/Reporta%C5%BC

To mi się należy

 

Przykro mi to mówić, ale ten świat „zszedł na psy”. Naprawdę. Widziałam to, co więcej – widzę to każdego dnia. Kiedyś – choć nie powinnam tego zdradzać „na pierwszej randce” – brałam w tym czynny udział.

Pracuję na stanowisku kasjer-sprzedawca, wchodzę w skład jednej z najniższych warstw społecznych – jak powiedziała by większość, która nie zaznała nigdy biedy. Każdego dnia jestem naocznym świadkiem: rozbojów, kradzieży, pogwałceń prywatności, wzmocnionych słownictwem, które – ze względu na normy etyczne – powinnam była ocenzurować, gdybym chciała je tu wypisać.

No, cóż! Taki już właśnie jest ten świat. Plugawy, chaotyczny, hałaśliwy, pełen paradoksalnych związków przyczynowo – skutkowych.

Zapraszam do mojego świata. Zapraszam. Jednakże proszę, nie zapominajcie, że tu, niestety, panuje selekcja naturalna. Środowisko handlu działa w podobny sposób, co zasady łańcucha pokarmowego w sferze fauny, lecz jednocześnie w opozycji do niego. Pamiętajmy, że poniżej opisane „wypadki odzwierzęce” nie są błędem biologicznym. Ich DNA, rzekomo, nie odbiega od normy.

Na co dzień jestem zwyczajną ekspedientką, subiektem – jak rzekliby ludzie w XIX-wiecznej Polsce. Pracuję w „Sklepie X” – wiecie przecież, że nie mogę robić „im” reklamy tudzież antyreklamy. Co za tym idzie „Sklep X” wydaje mi się jak najbardziej stosownym określeniem. Pracuję na pełen etat. Zarabiam najniższą krajową – o ile akurat łut szczęścia mi sprzyja i kończę miesiąc bez dodatkowych obciążeń finansowych. Moje zarobki w żaden, ale to w żaden, sposób nie oddają „zszarganych” nerwów i uszczerbku na zdrowiu, jakie doświadczyłam przez siedem lat nieustannej pracy „Sklepie X”.

Najciekawszą, najbardziej deprymującą oraz wyjątkowo stresującą częścią tej pracy są klienci. Klienci – o ile można nazwać tak ludzi, o których śmiem pisać. Nie mam na myśli ludzi, którzy przychodzą, mówią: „dzień dobry”; kupują i wychodząc, żegnają cię ciepłym uśmiechem lub standardowym: „do widzenia”. Zdecydowanie nie poświęcę im zbyt dużej uwagi, ponieważ to, co dobre, ciepłe, harmonijne i stosowne, w naszej mentalności nie jest intrygujące. Nie zadziwia, nie szokuje. Nie epatuje brutalnością i wulgarnością, więc to strata czasu. A po co tracić czas, skoro można „rzucać mięsem” na lewo i prawo?

Ludzie, o których ciekawie jest czytać i „warto” pisać, to, moim zdaniem, margines społeczny. Winni oni mieszkać w odosobnieniu. Izolatka to najlepsza z opcji jaka przychodzi mi teraz do głowy.

Złodzieje. To jest margines społeczny. To jest „najciekawszy” oraz najgorszy aspekt mojej pracy, niestety, mam go każdego dnia, co dnia, codziennie…

To mi się należy” to najczęściej wypowiadane słowa przez tych, którzy chcą wziąć w posiadanie to, co im się nie należy – to, za co nie zapłacili i, wbrew temu co mówią, wcale nie mieli takiego zamiaru.

Niejednokrotnie dochodzi do rękoczynów – dzieci nie róbcie tego w domu; właściwie nigdzie tego nie róbcie. Zaskakujące są także wymiany zdań: brutalne, pełne gróźb, wulgarne. Złoty środek na przeżycie takich sytuacji = stoicki spokój + chwilowe wyłączenie zmysłu słuchu. Moment odzyskania swojej własności podnosi adrenalinę na maksa (jak mawiają w pewnym wesołym miasteczku). Sytuacja ekscytuje od samego początku do końca. Widzowie są zachwyceni! Nikogo wówczas nie interesuje twój potencjalny uszczerbek na zdrowiu psychicznym tudzież fizycznym. Klaskają! Czekają na okazję kupienia gotowego popcornu lub waty cukrowej! Wszystko po to, aby mieć zajęte ręce, gdyby ktoś potrzebował pomocy, żeby nie mieć nawet cienia wątpliwości – nie udzielić pomocy. Nawet nie można ich nazwać klakierami. Nie trzeba ich opłacać. Są to typowi egoiści, którzy pilnują tylko, aby nie wyschły im źrenice od nieustannego patrzenia.

Kradzież to czyn karygodny. Jestem przeciwna takiemu postępowaniu. Choć jak widać „złodziejstwo” ma swoich zwolenników – gapiów.

Złodziej to osoba przynależna do marginesu społecznego. „Kradzieje” – jak mówi moja młodsza siostra – to grupa ludzi, przez których cierpię na chroniczną neuralgię.

To mi się należy” à ani trochę, ani nawet trochę nie należy im się to – cokolwiek by to było i jakiekolwiek pobudki by nimi nie kierowały – co chcą wziąć, w zasadzie co biorą.

Zastanówcie się nad sobą! Apeluję!

Autoryzacja, to wyrażenie zgody przez udzielającego informacji prasie na publiczne rozpowszechnienie swej wypowiedzi w danej formie. Jest to oryginalny twór prawodawstwa polskiego.

W przypadku wywiadów pisanych, autoryzacja polega na wspólnym uzgodnieniu ostatecznego tekstu wywiadu przez osobę udzielającej autoryzacji i dziennikarza, przed jego publikacją.

W Niemczech autoryzacja przybiera postać obowiązku „pokazania tekstu informatorowi”. Obowiązek ten nie wynika jednak z treści ustawy, lecz z przepisów korporacji dziennikarskiej.

W 2011 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że karanie za nieprzedstawienie materiału prasowego do autoryzacji w sytuacji, gdy jest on rzetelny i odpowiada w swej treści przeprowadzonemu wywiadowi, nie jest konieczne w demokratycznym społeczeństwie. W konsekwencji karanie za coś takiego jest sprzeczne z artykułem 10. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, obowiązek informacyjny prasy powinien być ważniejszy, niż ochrona czyjejś reputacji, zwłaszcza, gdy sprawa tyczy się polityków, a wywiad nie został przeprowadzony z ukrycia, czy w jakiś inny podstępny sposób.

Ponad to według artykułu 10. Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność otrzymywania i przekazywania informacji bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.

W 1999 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że dziennikarz nie może formułować krytycznych ocen tylko pod warunkiem, że wykaże ich prawdziwość. Trybunał stwierdził, że prasa ma obowiązek przekazywać w sposób odpowiedzialny informacje o wszystkich sprawach publicznie ważnych. Podkreślił ponadto, że swoboda dziennikarska dopuszcza także posłużenie się pewną przesadą, a nawet prowokacją. W związku z tym interwencja państwa musi być ograniczona w interesie demokratycznego społeczeństwa, aby prasa wciąż mogła pełnić rolę publicznego obserwatora i mogła przekazywać informacje o problemach wzbudzających publiczne zainteresowanie.

Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że prasa może powoływać się na wiarygodność urzędowych dokumentów bez konieczności sprawdzania przez samą prasę, czy rzeczywiście są one wiarygodne. Poza tym, ze względu na konieczność dbania o swobodne otrzymywanie informacji, władze nie mogą wprowadzić ograniczeń w tej sprawie.

Ponadto stwierdzono, że chociaż prasa nie może przekraczać pewnych granic ustanowionych między innymi dla ochrony interesów państwa, takich jak jego bezpieczeństwo i integralność terytorialna, to jednak właśnie do prasy należy przekazywanie informacji dotyczących problemów politycznych, łącznie z takimi, które wprowadzają społeczne podziały. Prasa ma obowiązek przekazywania takich informacji, a ludzie mają prawo je otrzymywać. Wolność prasy daje społeczeństwu jeden z najlepszych środków ujawniania i formowania opinii na temat poglądów i postaw politycznych przywódców.

Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu podkreśla, że cały artykuł 10 Konwencji chroni prawo dziennikarzy do publikowania informacji o sprawach publicznie ważnych, pod warunkiem, że dziennikarze działają w dobrej wierze i na ścisłej podstawie faktycznej i prawnej oraz zapewniają wiarygodną i precyzyjną informację zgodnie z dziennikarską etyką.

Jeżeli chodzi o sprawy sądowe, to według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, to prasowe relacje sądowe przyczyniają się do zachowania publicznego charakteru działalności sądów.